Langkawi było tropikalną wyspą położoną gdzieś przy granicy z Tajlandią. Ze względu na przyzwoite plaże i fakt bycia jedną, wielką strefą wolnocłową, Langkawi stało się główną destynacją weekendową Malezyjskich turystów oraz przybyszy ze wszystkich stron muzułmańskiego świata. Poza znacząco rozbudowaną infrastrukturą, na wyspie wciąż było jeszcze sporo tradycyjnych malajskich wiosek, gdzie życie było o wiele spokojniejsze, aniżeli przy głównych szlakach turystycznych.  Ludzie na wyspie byli nadzwyczaj przyjaźni, a fuzja kuchni tajsko-malajskiej zasługiwała na uznanie. Dla mnie, najciekawsze była w Langkawi droga przez dżunglę, która prowadziła do położonego nad wiecznie zielonymi wzgórzami, zakrzywionego mostu wiszącego.

13/07 Prom do Langkawi

Po szybkiej odprawie i kilkunastu minutach oczekiwania w klimatyzowanej sali na pierwszym piętrze budynku portowego, byłem gotowy do wejścia na pokład bezpośredniego promu z Penang do Langkawi. Kupując bilet spodziewałem się sielankowej sporą jednostką, na której pokładzie znajdowałyby się restauracje i taras widokowy z którego można było podziwiać mijane rajskie wyspy. Oczekiwania okazały się zupełnie nietrafione, a prom był malutkim, acz szalenie prędkim stateczkiem. Wszystkie okna były pozaklejane, a bagaże walały się gdzieś pomiędzy plastikowymi siedzeniami. Przy każdym rzędzie wisiało po kilka woreczków „na wszelki wypadek”. Ze względu na małe gabaryty okrętu, fale rzucały nim na wszystkie strony, a hasłami przewodnimi przeprawy były mdłość i klaustrofobia. Do toalety w postaci dziury w ziemi szedłem pomiędzy leżącymi w agonii ludźmi, którzy okupowali każdy dostępny skrawek płaskiej przestrzeni. Ich twarze mówiły, że prawdopodobnie miał to być ich ostatni rejs w życiu, a może nawet ostatnia przygoda tego wyjazdu. Widok był rozpaczliwie poruszający, a ja po trzygodzinnym rejsie rozpadającą się łajbą cieszyłem się z dotarcia na upragniony ląd.

Słowem wprowadzenia w realia wyspy, wspomnę tylko, że Langkawi zdobyło swoją popularność za kadencji wiecznego ministra Malezji, który ustanowił wyspę jedną wielką strefą wolnocłową w celu promocji turystyki i podniesienia poziomu życia mieszkańców. Było to prawdopodobnie jedyne miejsce w całym kraju, gdzie alkohol można było zdobyć tak łatwo i tak tanio. Langkawi stało się znaną destynacją wakacyjną w muzułmańskiej części świata, a ja podczas pobytu poznałem kilka osób z Arabii Saudyjskiej czy Pakistanu. Pomimo niezainteresowania Malezją przez polską publikę, kraj oficjalnie był czwartą najpopularniejszą destynacją całej Azji, a Langkawi określane było mianem perły północy. W przeciwieństwie do niezależnych podróżników, którzy decydowali się na wielomiesięczną tułaczkę po Ameryce Południowej, Azja zdawała się przyciągać więcej młodych ludzi, którzy modnie interesowali się krótką, miesięczną wycieczką wzdłuż turystycznych punktów na południowo-wschodniej mapie kontynentu. W Langkawi po raz pierwszy zobaczyłem ludzi w moim wieku, którzy podróżowali po backpackerskich hostelach z walizkami, przemieszczali się od plaży do plaży i raczej stołowali w nielicznych, zachodnich restauracjach. W przeciwieństwie do Ameryki Południowej, mało było zuchwałych podróżników podążających za przygodą.

Blisko czterdziestostopniowe upały i nieskończona wilgotność były w Penang momentami nie do zniesienia. W Langkawi dowiedziałem się, że istnieje kolejny poziom niekorzystnych warunków pogodowych: opresyjny. Pół godziny pieszej przeprawy przez niepoprawnie rozciągniętą stolicę wyspy wystarczyło, by moje ubrania nadawały się tylko do wyrzucenia. Tak miało być już codziennie, a ja z trudem miałem się przyzwyczajać do ciągłej wilgotności i chęci wzięcia kolejnego prysznica, który dałby mi ukojenie co najwyżej na kolejne 40 sekund. Podczas złapania pierwszego stopa w dalekowschodniej Azji byłem tylko wdzięczny losowi, że nawet tubylcy źle znosili ten klimat i że wszystkie auta w Malezji były wyposażone w klimatyzację.

14/07 Malezja Autostopem

W Langkawi miałem pierwszego w Azji hosta i zarazem było to pierwsze niekomfortowe doświadczenie na Couchsurfingu, do którego od jakiegoś czasu już coraz bardziej negatywnie podchodziłem. Leong był czterdziestoletnim Chińczykiem, który jak połowa mieszkańców Langkawi przeprowadził się na wyspę z Kuala Lumpur, by odpocząć od miejskiego zgiełku i założyć spokojny biznes. Prowadził raczej SPA, które łączyło chińskie techniki naturalne z zachodnim szykiem. Przeznaczone było dla bogatszej klienteli zza granicy. Na pierwszym piętrze znajdowało się kilka stylowo przyrządzonych pokoi, które wynajmował na znanym portalu i czasami oferował schronienie ludziom z Couchsurfingu, traktując przy tym portal jak portal rekrutacyjny do pracy w swoim przybytku. Całość ozdobiona była chińskimi ornamentami, tkaninami i dalekowschodnią myślą zagospodarowania przestrzeni. Jak we wszystkich malezyjskich przybytkach, przed wejściem do jakiegokolwiek pomieszczenia należało zdjąć buty, drzwi zawsze były rozsuwane, a toalety wyposażone były w mały prysznic, którego używano do obmycia opcji po dłuższym posiedzeniu. Po wspólnym śniadaniu drugiego dnia pobytu w Langkawi oraz wspólnej wycieczce na plażę dla tubylców, która pod wpływem rosnącego pływu znikała już niemal całkowicie w okolicach południa, zmuszony byłem opuścić mieszkanie mojego hosta i przenieść się do bardziej turystycznej części wyspy.

Ruch w Malezji był lewostronny i dosyć dziwnie łapało mi się stopa inną ręką, niż zazwyczaj. Ruchy były trochę kwadratowe i nienaturalne, a kondycja też nie ta sama. Krótki okres oczekiwania poprzedniego dnia i zgarnięcie mnie przez pozytywną chińską rodzinkę, która z grzeczności zmieniła swoją trasę i podwiozła mnie wprost pod mieszkanie chińskiego króla masażu pozytywnie nastawił mnie do machania kciukiem w Malezji. Po trzech sekundach łapania stopa w trakcie przeprowadzki zatrzymała się nieoznakowana taksówka, której kierowca na wstępie oświadczył, że musiał sprawdzić cenę kursu w aplikacji. Nie próbował wymusić kursu i radośnie życzył mi szczęścia na wieść, że nie szukałem płatnej opcji transportu. Podobała mi się w Malezyjczykach ta ich uczciwość na każdym kroku – turyści zawsze płacili tę samą cenę, co lokalni i nigdy nie zdarzyła mi się próba drobnego przekrętu. Dwie minuty później zatrzymała się kolejna nieoznakowana taksówka, której młody kierowca zdecydował się mnie zabrać gratis, gdyż i tak jechał w tym samym kierunku.

Pantai Cenang było typową nadmorską osadą turystyczną z restauracjami arabskimi, azjatyckimi i włosko-meksykańskimi w jednym. Pomimo niemrawej plaży i braku ulicznego życia, odnalazłem swoje miejsce gdzieś w najtańszym hostelu, który leżał na pograniczu turystycznego pasa biznesu i prawdziwej malajskiej wsi. Właściciele obiektu, jak i większości knajpek na przedmieściu byli złotymi ludźmi, a spacery w odwrotną do turystycznej stronę miejscowości sprawiły, że czułem się tam niespodziewanie dobrze. Postanowiłem zostać o dwa dni więcej, niż początkowo zamierzałem.

Po Langkawi poruszałem się tylko i wyłącznie autostopem. Łatwość zatrzymywania samochodów i ciekawość konwersacji zwiastowała wspaniałą przygodę na malezyjskich drogach. Na trasie do dżungli kolejnego dnia zgarnął mnie właściciel najmodniejszej knajpy z burgerami na wyspie, który w ostatnim czasie kupił też jacht zdolny pomieścić 70 osób. Był kilka lat starszy ode mnie i właściwie jechał odebrać wspólnika z lotniska, które znajdowało się gdzieś w połowie drogi. Chłopaki byli w dobrym humorze i zdecydowanie im się z niczym nie spieszyło, więc postanowili podwieźć mnie aż do samego wejścia do dżungli. Po drodze wspomnieli mi o malezyjskim premierze, który kilka kadencji wcześniej pozostawał u władzy przez 22 lata, po czym dobrowolnie ustąpił młodszemu pokoleniu. Niemniej jednak, widząc zapuszczenie kraju i kolejne afery korupcyjne swoich następców, w wieku 93 lat zdecydował się pokonać swoją starą partię w demokratycznych wyborach 2018 roku i ponownie objąć władzę, stając się przy tym najstarszą głową państwa w historii świata. Kiedy wracałem ostatniego dnia do portu, by złapać prom na kontynentalną część Malezji zabrał mnie właściciel jednego z bardziej szanowanych na wyspie centrów nurkowania, który utrzymywał skromny styl życia. Hobbystycznie raczej prowadził najtańszą noclegownię w mieście i dawał schronienie wolontariuszom z całego świata. Jak zawsze, przekrój ludzi z którymi miałem sposobność podróżować był szeroki, a ja poznawałem Malezję z każdej możliwej strony.

15/07 Langkawi Bridge

Most w Langkawi był zakrzywioną konstrukcją postawioną wokół porośniętego dziewiczą dżunglą, drugiego najwyższego szczytu wyspy. Do postawienia jedynego podtrzymującego filaru wiszącego mostu w tak niedostępnym miejscu użyto masywnych, rosyjskich helikopterów, a efekt końcowy całkiem zapierał dech w piersiach. Pomimo możliwości dostania się do niego najbardziej stromą kolejką linową na świecie, zdecydowałem się zdobyć ten szczyt pieszo. Półlegalnie wkroczyłem na przejście techniczne dla pracowników zajmujących się utrzymaniem sieci przesyłowych dostarczających prąd i wodę do bazy na górze i zacząłem się wspinać niemal pionowo pod górę przez kolejne dwie, długie godziny. Prawdopodobnie była to najbardziej wymagająca trasa jaką kiedykolwiek zrobiłem, a sama przygoda pozytywnie naznaczyła początek nierozsądnych pomysłów w trakcie tułaczki po Azji.

Zmęczenie brało się nie tylko z fizycznego aspektu trasy naznaczonej tysiącem schodków, ale również klimatu wyciskającego ze mnie siódme poty i więcej. Przygoda rozegrała się w okolicach południa najgorętszego dnia w historii Langkawi. Opresyjna wilgotność, ekstremalnie niebezpieczny współczynnik UV i odczuwalna temperatura na poziomie czterdziestu paru stopni sprawiły, że momentami czułem się jak wodospad. Kilka kroków za połową drogi przeszło mi przez myśl, że mogłem jednak nie dać rady i że mogło mi nie wystarczyć sił by dotrzeć na sam szczyt, co w perspektywie nasilających się chmar komarów i braku sygnału nie leżało w kręgu atrakcyjnych perspektyw na życie. Cały czas towarzyszyła mi orkiestra muzyki dżungli, która tego dnia była aktywna jak nigdy i która jak nigdy koiła moje zmysły w tym wszystkim. Byłem w błogim stanie znajdującym się gdzieś na granicy skrajnego wycieńczenia, walki o przetrwanie i „już wszystko mi jedno”.

W oddali cały czas słyszałem wszechobecne na wyspie małpy, a w pobliżu zabijałem setki komarów na coraz to częstszych postojach. Zanim przyjechałem do Azji postanowiłem, że zadbam, by nie mieć ani jednego, potencjalnie groźnego ukąszenia. Niemniej jednak już po pierwszych dniach miałem ich tyle, że po prostu nie mogłem się nimi dalej przejmować. Repelenty niby trochę działały, ale i tak zawsze znalazło się kilka bestii, które nic sobie z nich nie robiły. Niektóre komary udawało się odstraszyć, a innych nie i średnio było z tym co zrobić. Dodatkowo, ze względu na wilgotność wszystkiego, nigdy nie udawało się skutecznie zaaplikować niby łatwych w aplikacji repelentów, a następnie utrzymać na skórze przez dłuższy czas. Zakup moskitiery na noce w tanich hostelach i u lokalsów pewnie też byłby dobrym rozwiązaniem, ale jakoś nigdy nie widziałem po drodze sklepu z dobrymi moskitierami i moje wyprawy do miasta kończyły się przeważnie na jakimś nieciekawie wyglądającym stoisku z absolutnie fantastycznym jedzeniem. Gdzieś tam w dżungli ostatecznie postanowiłem zaakceptować siły natury i zdać się na jej los, tym bardziej, że w niedalekich planach planach miałem autostopową przeprawę przez 2 tysiące kilometrów dzikiej Sumatry, gdzie wszelkie myślenie człowieka z miasta pewnie było i tak warte tyle, co nic.

Wracając do wspinaczki, naturalnym było, że ogromny wysiłek związany ze zdobyciem wymagającej góry musiał być proporcjonalny do satysfakcji końcowej na szczycie. Kiedy drzewostan zaczął być coraz rzadszy i zobaczyłem pierwsze zarysy morza i małe wysepki otaczające główną wyspę, poczułem się naprawdę dobrze. Sam cel okazał się być równie ciekawy jak droga. Wiszący ponad dziewiczą dżunglą most wyglądał jeszcze lepiej aniżeli na zdjęciach i robił solidne wrażenie wijąc się pomiędzy tymi azjatyckimi wzgórzami. Był piękny, tak samo jak piękne były zaokrąglone zielone szczyty schodzące bezpośrednio do morza i jak widoczne w oddali plaże i błękitna woda Oceanu. Most Langkawi pozwalał na obejrzenie dżungli z poziomu ponad drzewami przez przeszkloną podłogę i umożliwił wielu osobom na podziwianie wspaniałego widoku na wyspę bez konieczności pokonania ani jednego schodka. Poza tym nie miał wielu zastosowań praktycznych. Został stworzony jako typowy magnes na turystów. Był przy tym wyjątkowo pięknym magnesem.

16/07 Malezyjczycy

Przed przyjazdem do Azji myślałem, że najżyczliwsi ludzie na świecie żyją w niektórych częściach Ameryki Łacińskiej i gdzieś na Bałkanach, a ci najbardziej otwarci na przypadkowe, uliczne znajomości w Europie. Niemniej jednak ludzie malezyjskich wysp okazali się równie przyjaźni i często sami zagadywali mnie na ulicy, czy podczas posiłku przy ulicznym stoisku. Zawsze się uśmiechali i żartowali. Początkowo nie do końca wiedziałem, czy chińska część populacji mówiła do mnie po angielsku, czy w swoim natywnym języku. Azjatycki akcent sprawiał, że dwa języki wydawały mi się w ich ustach zaskakująco podobne i nawet w przypadku angielskiego nie byłem w stanie rozróżnić pojedynczych słów. Dopiero po niecałym tygodniu nabierałem wprawy i coraz częściej byłem w stanie prężnie odpowiadać na spontaniczne zagadywanie życzliwych Malezyjczyków.
.
Tuan
.