(…) Kuala Lumpur postawione było z impetem i odzwierciedlało wszystkie aspiracje azjatyckiego tygrysa. Petronas Towers nie były jedynymi drapaczami chmur, które absolutnie zdominowałyby miejski krajobraz. W Kuala Lumpur były ich dziesiątki i nadal budowano kolejne, które miały być jeszcze wyższe i jeszcze bardziej imponujące. W Europie zwyczajnie nie było takich miast i nawet stolica Meksyku nie robiła takiego wrażenia. Namacalnie odczułem, że centrum świata przenosiło się powoli do Azji…

17/07 Droga do Kuala Lumpur

Stopa zacząłem łapać tuż przy wyjeździe z portowego parkingu w Kuala Kedah, a cała trasa do Kuala Lumpur prowadziła przez blisko pięćset kilometrów Półwyspu Malajskiego. Do Penang zabrał mnie student politechniki, który zdążył odbyć już kilka podróży po Europie i Bliskim Wschodzie, z czego bardziej fascynowało go to drugie. W Penang poznał kilku syryjskich uchodźców w swoim wieku, którzy ze względu na nieodbytą służbę wojskową w trakcie wojny domowej nie mogli już wrócić do kraju. Zainspirowany opowieściami postanowił dwukrotnie odwiedzić pogrążony w konflikcie kraj, przekazując przy tym pomoc materialną rodzinom przyjaciół, a w drodze powrotnej przywożąc tradycyjne syryjskie przysmaki do Malezji. James też nie lubił wracać do domu po dłuższych tułaczkach, gdyż z każdą kolejną podróżą jego bliscy mówili coraz bardziej niezrozumiałym językiem.

Gdzieś w połowie wspólnej przejażdżki mój nowy kompan zdradził mi, że znaczna część młodych Malezyjczyków nie dysponowała zbyt dużą czasu wolnego dla siebie i miała znaczne problemy z samodzielnością. Po kilku godzinach spędzonych w szkole, dzieci przeważnie wysyłane były na kolejne zajęcia edukacyjne i do domu wracały dopiero pod wieczór. Pozostałego czasu wystarczało akurat na odrobienie wszystkich prac domowych. Weekendy niewiele się różniły. Kultura czasu dla siebie i kultywowania własnego hobby była w schyłkowym zaniku, a dzieci od małego miały być pracowitymi, dobrze wyedukowanymi, azjatyckimi tygrysami, które dobrze wpasują się w rynek pracy i przyczynią do rozwoju kraju. Ciężka praca była ostateczną wartością, a Malezyjczycy parli do przodu w celu stworzenia nowoczesnego i bogatego kraju z poważnymi aspiracjami.

Kolejnym dłuższym i poważniejszym tematem wyprawy była znaczna preferencja Malezyjczyków w stronę białych ludzi zachodu. James zasugerował przy tym, że prawdopodobnie ze względu na aparycję łatwiej było mi łapać stopa i nawiązywać przypadkowe znajomości, aniżeli tubylcom. W wielu przypadkach osoby posługujące się angielskim były traktowane lepiej, a wyedukowani młodzi Malezyjczycy przeważnie porozumiewali się między sobą w języku Szekspira. Coraz więcej rodzin chińskich i hinduskich nie uczyła swoich dzieci mowy przodków i w domu posługiwano się tylko i wyłącznie językiem angielskim. Określano ich mianem bananów i kokosów. Żółci, lub brązowi na zewnątrz i biali w środku. Nie było to bynajmniej określenie pejoratywne, a sami zainteresowani mieli być dumni ze swojego tytułu.

Z auta wysiadłem w średnio korzystnym miejscu, gdzieś na rozwidleniu autostrad w Penang, ale już po kilku sekundach czekania na rampie zostałem zgarnięty przez sudańskiego imigranta, który w Malezji mieszkał od kilkunastu lat i jechał bezpośrednio do Kuala Lumpur. Niewiele ze sobą rozmawialiśmy, a ja gdzieś w połowie monotonnej trasy uciąłem sobie niekontrolowaną drzemkę. Obudziłem się akurat kiedy pokonywaliśmy ostatnie plantacje palm i zza wzgórz zaczęły się wynurzać masywne bloki giganta w azjatyckim wydaniu.

Gęstość i wysokość konstrukcji rosła proporcjonalnie do ilości pojazdów zmierzających do imponującego centrum. Zapchane drogi meandrowały w korytarzu nowoczesnych drapaczy chmur, z których każdy był bardziej kreatywny od poprzedniego. Miasto postawione było z impetem i odzwierciedlało wszystkie aspiracje azjatyckiego tygrysa. Petronas Towers nie były jedynymi drapaczami chmur, które absolutnie zdominowałyby miejski krajobraz. W Kuala Lumpur były ich dziesiątki i nadal budowano kolejne, które miały być jeszcze wyższe i jeszcze bardziej imponujące. W Europie zwyczajnie nie było takich miast i nawet stolica Meksyku nie robiła takiego wrażenia. Namacalnie odczułem, że centrum świata przenosiło się powoli do Azji.

18/07 Bukit Bintang

Na te kilka dni w stolicy przygarnęła mnie Shazlyn, która mieszkała i pracowała w centralnie położonej i zarazem najbardziej międzynarodowej dzielnicy Kuala Lumpur. W Bukit Bintang znajdowały się największe pięciogwiazdkowe hotele, dziesiątki galerii handlowych, bogate apartamentowce i jedyna prawdziwie imprezowa ulica w kraju. Dzielnica była absolutnym numerem jeden wśród expatów, turystów i całej, malezyjskiej śmietanki. Lokalny świat kręcił się wokół Bukit Bintang, a jego mieszkańcy praktycznie nigdy nie opuszczali najbliższej okolicy. Pomimo presji finansowej kapitalistycznej machiny, okolica zachowała wiele kontrastów i tuż obok nowoczesnych budynków ostały się jeszcze małe, obskurne bloki mieszkalne biedniejszej części społeczeństwa. Wychodząc z 30-stopiętrowego apartamentowca w ciągu piętnastu minut spaceru mogliśmy dojść do obskurnie śmierdzącego kawałka stolicy, do którego w innym kraju strach byłoby się zapuścić. Idąc w drugim kierunku, dochodziło się do zachowanego kawałka tropikalnego lasu deszczowego, w którym w biały dzień komary gryzły niemiłosiernie i tylko z rozwieszonego ponad koroną drzew mostu wiszącego można było sobie zdać sprawę z przebywania w kilkumilionowym Kuala Lumpur. Miejska dżungla oferowała wszystkiego po trochu.

Moimi hostami była dwójka młodych Malezyjczyków, którzy pracowali w lokalnym przemyśle hotelowym i wiedli dostatnie życie w kosmopolitycznej stolicy. Shazlyn zdążyła już dwa razy odwiedzić Europę, a Polska była jedynym krajem w którym wiele razy doświadczyła rasizmu i próbę naciągnięcia przez krakowskich kanarów. W dniu mojego przyjazdu Kiki wracał akurat ze swojej pierwszej wyprawy na Stary Kontynent, co było świetną okazją do wspólnego biesiadowania pod znakiem używek i przełamania wszystkich możliwych lodów. Poza doświadczeniem kilku poważnych wyzwań, zakrapiana gra w butelkę i związane z nią wyznania pozwoliły mi wejrzeć w imprezowe życie młodego, muzułmańskiego społeczeństwa, które na koniec dnia niczym nie różniło się od zachodniego. Poza mniej kontrowersyjnymi aspektami codziennego życia, młodzi Malezyjczycy również zażywali narkotyki, upijali się do nieprzytomności i wcale nie stronili od przygodnego seksu. Pod koniec posiedzenia, obserwując światła wielkiego miasta i delektując się jego szumem, pozbyłem się złudzenia większej wstrzemięźliwości wschodnich kultur i utwierdzałem się w przekonaniu, że za młodu wszyscy robiliśmy dokładnie to samo, w każdym zakątku świata, zupełnie niezależnie od norm społecznych i ciężaru kulturowego.

19/07 Życie Stolicy

W Kuala Lumpur dosyć mocno zżyłem się z moimi hostami i ich znajomymi. Przeważnie dzień zaczynał się koło południa i rytuałem stało się śniadanie w tanim, przydrożnym stoisku na przeciwko naszego wieżowca. Standardowo podawano każdemu wielką górę ryżu, a mięsne i rybne sosy samodzielnie nakładało się w formie bufetu. Uwzględniając pyszną mrożoną kawę ze skondensowanym mlekiem, całość kosztowała równowartość pięciu złotych i zapewniała nasycenie aż do kolacji. Później przeważnie poznawaliśmy turystyczne i alternatywne zakamarki stolicy. Apetyt wracał dopiero wczesnym wieczorem, kiedy odczuwalna temperatura spadała poniżej 35-ciu stopni. Wtedy właśnie rozpoczynała się prawdziwa kulinarna przygoda, a miasto jak żadne inne było przygotowane na zaspokojenie każdego podniebienia o każdej porze dnia.

Ciekawym aspektem życia towarzyskiego towarzyskiego Malezyjczyków były regularne wyjścia na karaoke, które traktowano zupełnie poważnie. Poza małymi sesjami przy użyciu przenośnego mikrofonu w mieszkaniu, Malezyjczycy przynajmniej raz w tygodniu wychodzili do profesjonalnych salonów karaoke, w których znajdowały się dziesiątki różnej wielkości pokoi do wynajęcia na godziny. Każdy z nich wyposażony był w ekran do wyboru śpiewanych utworów, ekran do oglądania teledysków i czytania tekstów piosenek, kilka mikrofonów, kulę dyskotekową, wygodną sofę i centralnie ulokowany stół. Doświadczeni Malezyjczycy potrafili naprawdę dobrze śpiewać po angielsku, malajsku, koreańsku i chińsku. Oddanie, widok radujących się w oparach alkoholu kompanów i profesjonalizm całego przedsięwzięcia były zdecydowanie ciekawym doświadczeniem, którego nie sposób było doświadczyć w Europie.

Naszpikowane drapaczami chmur Kuala Lumpur obfitowało w bary i punkty widokowe na ostatnich piętrach budynków. Spędzanie czasu na wysokości było wpisane w stołeczne życie, a ja niekiedy miałem wrażenie, że te wszystkie drapacze chmur postawiono tylko i wyłącznie dla dobrych widoków. Podczas, gdy widok na miasto i otaczające je wzgórza wapienne z tarasu wieży telewizyjnej był naprawdę imponujący, to bar na otwartym lądowisku helikopterów w Bukit Bintang przebił absolutnie wszystkie doświadczenia na wysokościach ostatnich dni. Zachód słońca nie był tak imponujący jak w Oaxaca, ale fakt uczestniczenia w imprezie na krawędzi niezbyt zabezpieczonego przed przypadkowym upadkiem lądowiska, swoista cisza panująca na tej wysokości i widok z bliska na otaczające drapacze chmur robiły wrażenie. Pośród nieodłącznych w podobnych miejscach turystów zajętych przede wszystkim robieniem zdjęć, dostrzec można było stałych bywalców, po których widać było, że obserwowanie zachodu słońca po ciężkim dniu pracy było regularnym rytuałem, który w pewnym sensie nadawał rytm miejskiemu życiu Kuala Lumpur.

20-21/07 Petronas Towers

Pewnego wieczoru udałem się na samotny spacer zawieszonym w powietrzu, klimatyzowanym tunelem, który prowadził z głównego węzła komunikacyjnego w Bukit Bintang aż do samych wież Petronas. U samej podstawy najwyższego niegdyś budynku świata znajdował się kawałek zieleni i niewielkich rozmiarów oczko wodne, z którego krawędzi przyjemnie było zawiesić oko na wieżach. Z tak bliskiej odległości i przy sztucznym oświetleniu nocy najlepiej można było dostrzec bogactwo detali i ogrom pracy włożony w wykonanie takiego cudu. Zaprojektowane przez Argentyńczyka Petronas Towers dokładnie oddawały nowoczesnego ducha muzułmańskiej Malezji i nie pasowałyby do żadnego innego, dalekowschodniego kraju. Wyraźnie naznaczone wpływy architektury Islamu doskonale komponowały się pozostałymi, kreatywnie wykonanymi drapaczami chmur zdobiących stołeczny skyline, a zgrabna konstrukcja z trudem mogła się nie podobać.

Podczas gdy przez pierwszych kilka dni miasto czarowało mnie swoją zamaszystą architekturą, to pod koniec mojego pobytu zacząłem coraz bardziej odczuwać jago niekompletność pozostałych aspektów miejskiego życia. Większość przestrzeni okupowana była przez korporacyjne biurowce, masywną infrastrukturę drogową, drogie hotele oraz rosnące jak na drożdżach sklepy i supermarkety. Pod pewnymi aspektami Kuala Lumpur przypominało jeden wielki pasaż handlowy, gdzie większość mieszkających i odwiedzających je ludzi wydawała się być zainteresowana przede wszystkim zarabianiem i niepohamowaną konsumpcją. Jakikolwiek sport i wyższa kultura schodziły na dużo dalszy plan. W całej galopującej gospodarce nie wykształciło się środowisko artystów, większość dostępnej w Kuala Lumpur sztuki importowano z Zachodu, a najbardziej reprezentatywne budynki kraju zaprojektowali obcokrajowcy. Nie było bohemy, nie istniały też kawiarnie z duszą i nie słyszałem za bardzo o miejscach alternatywnych. Wszyscy wydawali się iść w tym samym kierunku.

Prawdopodobnie gdyby nie ludzie których poznałem, trzy dni w Kuala Lumpur byłyby dla mnie w zupełności wystarczające. Stolica Malezji na dłuższą metę przypominała gigantyczny plac zabaw dla turystów biznesowych, którzy potrzebowali szybkich i łatwych rozrywek podczas kilkudniowych pobytów. Kuala Lumpur było dokładną odwrotnością nadwiślańskiej stolicy. Podczas gdy polski marketing turystyczny i zdolność Warszawy do szybkiego oczarowania przyjezdnych zupełnie nie istniały, Kuala Lumpur wywierało mocne pierwsze wrażenie i prawdopodobnie w trakcie pierwszych dni wizyty wszystkim odwiedzającym miasto się podobało. Niemniej jednak, po odwiedzeniu wszystkich przemyślanych z rozmachem atrakcji następowała pustka. Budynki zwyczajnie nie skrywały więcej historii, a miejskiej tkance brakowało czegoś głębszego. Podczas gdy odkrywaniem ukrytych skarbów Warszawy delektowałem się latami, to powierzchowność dużo większego Kuala Lumpur dość szybko mnie znudziła. Na koniec dnia wybudowanie świecących złotem drapaczy chmur nie gwarantowało żadnemu miejscu duszy.

22/07 Cybernetyczny Świat

Na przestrzeni tygodnia, Kuala Lumpur zdążyło mnie trochę pochłonąć w swoim wielkomiejskim życiem, które zdecydowanie bardziej naznaczone było zanurzeniem się w cybernetycznym świecie, aniżeli w Europie. Podczas odwiedzin znajomych w mieszkaniu na 14-tym piętrze często zwyczajnie siedzieliśmy wspólnie każdy przy swoim smartfonie prowadząc sporadyczne, urywane dialogi przez godzinę, czy dwie. Prawdopodobnie nigdy wcześniej w życiu nie spędziłem tak wysokiego odsetka dziennego czasu patrząc się w telefon. Podczas gdy całodniowe tułaczki po górach i miastach malezyjskich wysp nie przeszkodziły mi w późniejszej lekturze i naskrobaniu kilku luźnych przemyśleń, to wirtualne życie stolicy było niekiedy o wiele bardziej męczące, a ja nie napisałem w tym czasie ani jednego słowa i przeczytałem zaledwie kilkadziesiąt stron. Dopiero podczas kilkudniowego odpoczynku gdzieś dalej na prowincji zdołałem zebrać w całość lekko zamazane technologią i alkoholem wspomnienia z Kuala Lumpur. Podczas, gdy architektura miasta szła w ciekawym kierunku, a bogatej ofercie gastronomicznej niewiele można było zarzucić, to spłycenie miejskiego życia do kilku zaledwie aspektów dyskwalifikowały miasto jako…
.
Tuan
.