Penang wybrałem na pierwszy przystanek podczas mojej wielomiesięcznej tułaczki po Azji z wielu powodów i każdy z nich okazał się słuszny. Niewielkich rozmiarów wyspa była uosobieniem wieloetniczności i wielokulturowości całego Półwyspu Malajskiego. Na jednej ulicy można było zobaczyć kościół Anglikański, chińską Świątynię Smoka, zamaszysty Meczet, i kolorową Hinduską świątynię – w mieście Georgetown od stuleci panowała niczym niewymuszona i powszechna tolerancja.  Różnorodność etniczno-kulturowa poskutkowała nieskończoną bogatą ofertą gastronomiczną, a Penang od parunastu lat konkurował o miano kulinarnej stolicy Azji Południowo-Wschodniej.

10/07 Pierwszy Dzień w Azji: Malezja

Po licznych europejskich wyprawach oraz tych wgłąb Ameryki Łacińskiej, wreszcie przyszedł czas na tułaczkę po Azji. Od miesięcy już oczekiwałem doznania po raz pierwszy jakiegoś poważniejszego szoku kulturowego, który zatrząsłby trochę moim sposobem postrzegania świata. Byłem naprawdę głodny poznania najludniejszego kontynentu świata.  Chciałem zobaczyć ten inny świat Wschodu, który wymykał się trochę zachodnim schematom myślenia i którego bogactwo cywilizacji coraz bardziej szanowałem i podziwiałem na przestrzeni ostatnich lat. Pomimo śladów kultury prekolumbijskiej w Ameryce Łacińskiej oraz jakichś tam raczej drobniejszych różnicach kulturowych, Nowy Świat znajdował się w orbicie zachodniej kultury. Język, religia i system prawny były niemal identyczne, jak w dawnych metropoliach. Europa wchłonęła niemal kompletnie cywilizacje prekolumbijskie, a Ameryka stała się niedokładnym odbiciem Europy. Z Azją było inaczej. Azja w większym stopniu przetrwała inwazję europejskiej kultury i zachowała swoją fascynującą odrębność.

Lot tanimi liniami lotniczymi z Berlina do Singapuru trwał dwanaście godzin. Następne pięć przeczekałem gdzieś na wypełnionym atrakcjami, masywnym lotnisku Changi, by po krótkim locie znaleźć się na wyspie Penang w Malezji. Po niemal całodniowej podróży po raz pierwszy znalazłem się w dalekowschodniej Azji. Nie miałem czasu na odpoczynek po nieprzespanym locie – nagromadzone przez ostatnie miesiące napięcie sprawiło, że nie mogłem się już doczekać wyjścia i chłonięcia otaczającego mnie świata wszystkimi zmysłami. Tuż po wylądowaniu w Penang niemal wbiegłem do autobusu i z przygłupim, lekko dziecinnym uśmiechem na twarzy gapiłem się przez okno i byłem zagadywany przez towarzyszy podróży. Zrzuciłem plecak w hostelu i bez chwili wytchnienia rzuciłem się do eksploracji miasta. Po kilku godzinach szwendania się i kosztowania wszystkiego, co gdzieś tam było zawsze pod ręką, w momencie kiedy mózg przestawał już funkcjonować, zdecydowałem się na drzemkę, która umożliwiłaby mi dalsze funkcjonowanie. Gdzieś po godzinie obudził mnie alarm; pomimo, że nie odpocząłem w ogóle, zdecydowałem się jeszcze na wieczorny spacer po Georgetown, które było stolicą tego niewielkiego stanu i które okazało się być wspaniałym miastem. Tak właśnie wyglądał mój pierwszy dzień w Azji, który od samego początku pozytywnie nastroił mnie na całą, wielomiesięczną tułaczkę.

Penang wybrałem z kilku powodów. Sam półwysep Malajski był prawdopodobnie najbardziej wielokulturowym zakątkiem Azji, a odwiedzony przez mnie kawałek wydawał się być uosobieniem tej tezy. Cały stan Penang składał się z małej części kontynentalnej oraz wyspy na której Brytyjczycy założyli pierwsze miasto w dalekowschodniej Azji, Georgetown. Chińczycy, Malajczycy i Hindusi byli najliczniejszymi grupami etnicznymi zamieszkującymi wyspę, a ich kultury były mocno naznaczone na każdym kroku. Było Chinatown i Little India. Na przestrzeni kilku przecznic miałem wrażenie przeskakiwania z subkontynentu na subkontynent innej potężnej cywilizacji. Na jednej ulicy można było zobaczyć kościół Anglikański, chińską Świątynię Smoka, zamaszysty Meczet, i kolorową Hinduską świątynię – w Georgetown od stuleci panowała niczym niewymuszona i powszechna tolerancja.  Wiara Mahometa przyszła do Malezji pokojowo w okolicach XIX wieku i na przestrzeni lat stała się oficjalną religią federacji. Niemniej jednak dalekowschodni Islam nigdy nie był spaczony konserwatywnym ekstremizmem, a każdy obywatel Malezji ma zagwarantowane prawo swobody religijnej. Nikt nie był dyskryminowany, a społeczeństwo od samego początku wydawało mi się otwarte: pierwszego dnia zamieniłem słówko ze wszystkimi sprzedawcami i kucharzami z którymi miałem do czynienia, a w knajpach byłem zagadywany przez radosnych współbiesiadników. Podczas gdy muzułmanie nie mogli pić alkoholu, pozostałym mniejszościom Malezji nikt nigdy nie próbował tego zabronić. Wszyscy trochę żyli trochę w swoich światach, kupując i stołując się w przybytkach ze swojego kręgu, ale wszystkie te światy występowały obok siebie w harmonii.

11/07 Kek Lok Si i Clan JettIES

Jadąc miejskim autobusem w stronę dzikich wzgórz interioru wyspy Penang zwróciłem uwagę na odmienność lokalnego życia blokowisk. Pomiędzy ogromnymi projektami mieszkalnymi wytyczono drogę i postawiono przystanki autobusowe na wzór zachodnich. Gdzieś na przestrzeni lat pomiędzy ten cały beton wkradło azjatyckie życie z licznymi stoiskami ulicznego jedzenia i bazarkami ze świeżymi owocami i warzywami. Na fasadach starszych budynków widać było charakterystyczny zielony nalot i grzyba spowodowanego wilgocią, które prawdopodobnie miały pozostać już wieczną ozdobą wyspiarskich blokowisk. Niektóre z nich wyposażono dodatkowo w zakrzywione dachy, by dodać im dodatkowej nutki lokalności. Widać było na przemian świątynie katolickie, protestanckie, chińskie, hinduskie i meczety. Tak właśnie wyglądały blokowiska na obrzeżach Georgetown.

Kompleks świątyń Kek Lok Si znajdował się u podnóży góry Air Itam, niecałą godzinę drogi od centrum Georgetown. Po sakralnych budowlach nie oczekiwałem absolutnie niczego. Nie oglądałem uprzednie jej zdjęć i specjalnie nie interesowałem się historią kompleksu. Szedłem na ślepo, bo ktoś powiedział mi gdzieś po drodze, że warto. Już wysiadając na przystanku autobusowym przy głównej drodze widziałem, że tak właśnie było. Majestat Pagody i 40-sto metrowego posągu bogini Guanyin budziły szacunek. Cały kompleks był masywny. Wspinając się w górę wzniesienia przechodziłem przez kolejne mniejsze, lub większe świątynie, ogrody i sakralne budynki pokojowej fuzji chińskich wierzeń ludowych i buddyzmu. Wieża głównej Pagody była atrakcyjną wizualnie mieszanką architektury chińskiej, tajskiej i birmańskiej. Ogrody były na pozór skromniejsze od tych spotykanych w Europejskich pałacach i klasztorów, natomiast bił od nich spokój i harmonia. Połączenie małych oczek wodnych, leniwie tryskających fontann, świec i starannie wykonanych, drewnianych detali koiło zmysły. W powietrzu unosił się zapach kadzideł. Wszystko było tak zupełnie inne od europejskiej myśli architektonicznej; nawet zwykłe kolumny posiadały inną teksturę i zdobione były w zupełnie odmienny sposób. Gdzieś po drodze można było kupić niekoniecznie sakralne pamiątki w licznych sklepikach na obrzeżach świątyni oraz zapalić wieczną świecę za symboliczną opłatą. Poza tym wszystko inne było darmowe, wszędzie można było tak po prostu wejść. Byłem pod wrażeniem i byłem na swój sposób zaskoczony, że przez te wszystkie lata nie docierało do mnie tak wiele informacji o tej części globu i żyłem w nieświadomości istnienia zupełnie odmiennego, acz nieskończenie ciekawego świata.

Schodząc jeszcze ze świątyni Kek Lok Si zaszedłem do stoiska sprzedającego egzotyczne owoce i zapytałem przyjaźnie wyglądającego sprzedawcy, czy sprzeda mi tylko jeden kawałek duriana. Sprzedawca zgodził się i widząc, że mi smakowało dorzucił mi jeszcze kilka w gratisie. Natywny dla Indonezji i Malezji durian uważany był w Azji Południowo-Wschodniej za jedynego prawowitego króla owoców. Miał wiele właściwości leczniczych, pomagał na sen i wzmacniał erekcję. Był też owocem nadzwyczaj kontrowersyjnym. Dla jednych miał on rześki zapach świeżych owoców połączonych z najlepszą mieszanką orzechów, podczas gdy dla innych jego odór był absolutnie nie do zniesienia. Jego konsumpcja była zakazana we wszystkich instytucjach publicznych, a przed na drzwiach miejskich autobusów widniał przekreślony znak duriana. Aromat był tak intensywny, że sąsiedzi byli w stanie stwierdzić, że ktoś w bloku jadł owoc w ostatnim czasie. Dla mnie durian miał wiele smaków w jednym i był czymś na pograniczu awokado, słodkiego mango, masła orzechowego i wielu innych bliżej niezdefiniowanych smaków zamkniętych w jednym, królewskim owocu. Podczas mojej konsumpcji porozmawialiśmy jeszcze chwilkę o polskim futbolu i oczekiwaniu zwycięstwa Chorwacji z Anglią tego wieczoru. Starano się nauczyć mnie kilku słów w lokalnym dialekcie chińskiego, a moje próby wymówienia wprawiały wszystkich w szczerą radość.

Gdzieś pod wieczór postanowiłem jeszcze pójść do znajdującego się na południowym wybrzeżu miasta Clan Jetties. Tworząca labirynt sieć drewnianych pomostów prowadziła do poszczególnych domów potomków chińskich imigrantów, którzy przybyli pracować w lokalnej stoczni blisko dwa wieki wcześniej. Całość postawiona była na drewnianych palach i znajdowała się jakieś dwa metry nad lustrem wody. Czułem się trochę jak w starej chińskiej wiosce. Gdzieniegdzie widać było małe, acz bogato oprawione świątynie i kilku turystów. Clan Jetties stało się moim ulubionym miejscem w Georgetown i od momentu jego odkrycia byłem tam jeszcze kilka razy, niemal o każdej porze. Podczas gdy za dnia widać było jeszcze kilku turystów przechadzających się głównymi ścieżkami, to w nocy nie było prawie nikogo poza lokalnymi mieszkańcami odpoczywającymi na niewielkich rozmiarów werandach. Niektórzy trzymali też na nich swoje skutery i widok manewrującej maszyny w wąskim korytarzu na drewnianym pomoście wprawił mnie w niemałe zdumienie. Chińscy lokatorzy drewnianych domków byli sympatycznymi ludźmi i odnosili się do mnie z niewymuszoną życzliwością. Dowiedziałem się, że w Malezji do nieznajomych zawsze powinno zwracać się wujku, ciociu, bracie lub siostro. Panowało przeświadczenie o byciu częścią jednej rodziny i na ogół ludzie chętnie rozmawiali z nieznajomymi. Na jednym z pomostów przesiedziałem z lokalnymi mieszkańcami Penang niemal całą noc, rozmawiając o wszystkim i o niczym, podziwiając przy tym widok na port i kontynentalną część Malezji.

12/07 Kuchnia Penang

Różnorodność etniczno-kulturowa poskutkowała nieskończoną bogatą ofertą gastronomiczną, a Penang od parunastu lat konkurował o miano kulinarnej stolicy Azji Południowo-Wschodniej. Przechodząc od ulicy do ulicy już podczas pierwszych spacerów próbowałem kolejnych potraw z różnych zakątków kontynentu. Kuchnia malajska, chińska, indyjska, tajska i fuzje wszystkich powyższych. Jedzenie uliczne było dostępne wszędzie, o każdej porze i przeważnie w nieprzyzwoicie niskiej cenie. Zawsze smakowało wybornie; widać było pasję kucharzy oraz oddanie profesji. Restauracje nie były odpicowane, a stanowiska nie były obklejone marketingowymi sloganami. Przeważnie były to zwykłe budy, których jedynym celem było zadowolenie klienta serwując dobry posiłek i nic więcej.

Poza wszechobecnym jedzeniem ulicznym serwowanym z małego, mobilnego stoiska bezpośrednio na jezdni, motywem przewodnim kuchni Penangu były liczne kawiarnie, które przeważnie znajdowały się na rogu ulicy, na sporej, otwartej werandzie. Wokół nich często rozkładały się różne, niezależne stoiska z jedzeniem, które można było zjeść w kawiarni pod warunkiem zamówienia napoju, lub zapłacenia równowartości 50-ciu groszy za miejsce. Mrożona herbata z mlekiem nigdy nie smakowała tak dobrze, jak po godzinach tułaczki w 40-stostopniowym upale i ostrej hinduskiej potrawie. Jedzenie z przenośnych stoisk serwowano też w wyznaczonych miejscach galerii handlowych, gdzie również obowiązywała zasada zamówienia jednego napoju do posiłku. Jedzenie w Penang było zawsze smaczne, tanie i pożywne, jednak absolutnym królem wyspiarskiej kuchni było jedno, małe stoisko w ogromnym namiocie jadalnym przy porcie, którego nigdy pewnie bym nie odkrył, gdyby nie zaprowadzili mnie tam poznani poprzedniego dnia tubylcy. W namiocie znajdowało się około stu stołów i dwudziestu stoisk oferujących potrawy z każdego zakątka Azji. Tylko w jednym miejscu była kolejka: o każdej porze dnia trzeba było poczekać około trzydziestu minut. Serwowano tylko jedno danie: Mee Sotong Goreng, czyli świeżo złowiona mątwa w azjatyckim makaronie i hindusko-malajskim sosie. Danie było tak dobre, że ostatniego dnia zaryzykowałem spóźnienie się na prom do Langkawi i jeszcze raz wystałem swoje i na wpół w pośpiechu zakosztowałem jednego z lepszych dań w moim życiu, tak na pożegnanie z kulinarną wyspą Penang.
.
Tuan
.