Wielu mówiło, że Chiapas to już nie Meksyk. Była to dziewicza prowincja pełna dzikiej przyrody, akcentów prekolumbijskiej kultury i etnicznych tradycji. Na obszarze kontrolowanym przez socjalistyczny ruch Movimiento Zapatista, jak i w niektórych bardziej konserwatywnych społecznościach, federalne prawo nie było już egzekwowane, a sądy naznaczone były plemiennymi zwyczajami przeszłości. Południowe rubieże Meksyku były praktycznie w całości pokryte wspaniałą, wiecznie zieloną dżunglą, a gdzieś na samym krańcu Republiki żyło jeszcze ostatnie wolne i nieskażone globalizacją plemię Lacandones.

La Bestia

W Arriaga byłem prawdopodobnie pierwszym zagranicznym gościem. Przydworcowy motel kosztował grosze, a ludzie byli uprzejmie zaciekawieni moją obecnością. Typowe, niczym niewyróżniające się miasteczko, którego brak atrakcji turystycznych skazał na wieczne zapomnienie i stagnację ekonomiczną. Nikt nie wytwarzał tam tradycyjnych rękodzieł dla turystów, a handel zdominowany był przez sklepy z tanią azjatycką elektroniką i liczne swojskie stoiska z prostą, meksykańską kuchnią.

Centralnym punktem miasteczka były tory kolejowe, którymi kiedyś słynna Bestia rozpoczynała trasę z Chiapas, aż pod północną granicę Republiki. Ten pociąg towarowy przez długi czas był głównym środkiem transportu nielegalnych imigrantów z południowych kresów Republiki, aż do bogatej północy.

Pomimo bezspornej nielegalności wskakiwania na pociąg towarowy, popyt na podróż Bestią sprawił, że na przestrzeni lat skorumpowani funkcjonariusze kolei zdołali w pewnym stopniu uporządkować i sformalizować cały proces. Konieczność wykupienia nieoficjalnego biletu na przejazd, nigdy nie migrantowi dotarcia żywym do celu, a tym bardziej do samej granicy. Narcos oraz plantatorzy z północnej części Meksyku coraz bardziej angażowali się w cały proceder w celu pozyskania taniej, półniewolniczej siły roboczej. Większość podróżników przepada gdzieś w obozach pracy, lub na ulicach meksykańskich miast. Części udawało się jakimś cudem wrócić do rodzinnego kraju, a naprawdę niewielu docierało do Stanów.

Cañón del Sumidero

Gdzieś o siódmej nad ranem zacząłem łapać stopa przy rondzie w samym centrum Arriaga. W przeciwieństwie do poprzedniego dnia, już mi się nie spieszyło i leniwie zakładałem, że ktoś podwiezie mnie co najmniej na wylotówkę. Po kilkunastu minutach beznamiętnego czekania i rozmowach z kilkoma obłąkanymi przechodniami, skusiłem się na szybkie śniadanie w przejeżdżającej obok mnie mobilnej budce z tacos. Kilka chwil później zdecydowałem się jednak podejść dwa kilometry dalej w kierunku autostrady. Powietrze było pozbawione jakiejkolwiek wilgoci, a słońce paliło niemiłosiernie już od samego rana. Po kwadransie czekania na rampie udało mi się przekonać kierowcę lokalnego autobusu do podwiezienia mnie gratis na bramkę poboru opłat.

Kilka krótkich chwil wystarczyło bym został zgarnięty przez dwóch natywnych mieszkańców Chiapas. Jeden z nich spał całą drogę na przednim siedzeniu, a drugi chciał ze mną rozmawiać o wszystkim. Rozmowa przebiegała według podobnego schematu co tysiące innych w tych samych okolicznościach. Czujny rozmówca zapytał w pewnym momencie, czy ze wszystkimi kierowcami prowadziłem te same dialogi i czy wszyscy pytali o to czy w Polsce jest zimno, jakie jest tradycyjne jedzenie, czy wszyscy są biali, czy jest drogo i co warto zobaczyć. Zasugerował przy tym, że na połowę pytań miałem prawdopodobnie gotowe, mechanicznie automatyczne odpowiedzi, czego nie mogłem zanegować. Ucieszył się na wieść o tym, że udało nam się poruszyć kilka nieporuszonych wcześniej wątków i życzył powodzenia wyrzucając mnie w centrum stolicy Chiapas.

Tuxtla Gutierrez była drugą najbrzydszą stolicą meksykańskiego stanu i mój pobyt w mieście postanowiłem ograniczyć do minimum. Po szybkim spojrzeniu na mapy, zlokalizowałem centrum zaopatrzeniowe położone przy wylotówce w odpowiednim kierunku. Po niekrótkim pytaniu przechodniów, udało mi się wreszcie wsiąść do odpowiedniego autobusu i po godzinnej przejażdżce upalną i zakorkowaną stolicą znalazłem się wreszcie na miejscu. Po kilku minutach łapania na przystanku autobusowym znalazłem szybkiego stopa do pierwszego z dwóch punktów docelowych tego dnia.

Chiapa de Corzo było rozpoznawane głównie dzięki urokliwej architekturze, wspaniale prowadzonej kampanii promocyjnej w mediach społecznościowych oraz portów rzecznych. Miasto pełniło rolę bramy do jednej z najważniejszych atrakcji turystycznych Meksyku – kanionu Sumidero. Wykupienie trzygodzinnego rejsu było jedyną możliwością obejrzenia majestatycznego cudu natury, którego ściany były wysokie na kilometr, a w wypełnionym wodą korycie żyły krokodyle, małpy i liczne gatunki kolorowego ptactwa.

Ze względu na dość późną porę oraz ciągnące się kilometrami przedmieścia Chiapa de Corzo, na rozwidlenie pomiędzy drogami dotarłem podmiejskim autobusem. Już podczas marszu zacząłem łapać stopa na wyłączonej z ruchu, zakreskowanej części wiaduktu łączącego drogę krajową z autostradą. Nie spodziewając się wielkich sukcesów w tak kuriozalnym i całkiem niebezpiecznym miejscu, lekko się zdziwiłem, gdy gdzieś w okolicach najwyższego punktu mostu zatrzymało się auto.

Kierowca okazał się być profesjonalnym muzykiem wiozącym właśnie jedzenie i pomoc rzeczową ofiarom ostatnich trzęsień ziemi. Wszystkie datki zebrał wraz z zespołem podczas kilku koncertów charytatywnych zagranych w Tuxtla Gutierrez. Podwiózł mnie, by jego misja pomagania ludziom tego miesiąca była bardziej kompletna. Sam często podróżował po kraju motorem i pomimo młodego wieku mieszkał już po trochu w kilku stanach Meksyku. Gdzieś pod koniec podróży wspomniał, że podczas jego muzycznej edukacji, niejeden nauczyciel był Polakiem, co okazało się powszechnym zjawiskiem w artystycznym półświatku i nieustannie przewijającym się wątkiem jedynych polskich imigrantów w Meksyku.

San Cristobal de las Casas

Pod wieczór dojechałem do San Cristobal de las Casas. Wydawało się, że pierwszy raz w trakcie tej autostopowej wyprawy miałem gdzieś wylądować bez hosta na Couchsurfingu. Wszyscy znajomi znajomych też byli gdzieś w podróży, a ja zostałem zmuszony do skorzystania z hostelu. Łóżko kosztowało równowartość dwudziestu złotych, a do jakości, czystości i estetyki obiektu nie można było się jakkolwiek przyczepić. Zapłaciłem za pierwszą noc, wziąłem prysznic i wyszedłem na wieczorny spacer.

Blisko dwustu-tysięczne miasto było najpopularniejszą destynacją turystyczną Chiapas i punktem początkowym wszystkich wypraw wgłąb stanu. San Cris leżało na wysokości Rysów przez co było tam zimno i wilgotno, a naturalny krajobraz całkowicie zdominowały drzewa iglaste. Miasto było zupełnie inne od odległej o kilometr tropikalnie suchej stolicy stanowej i było też zupełnie inne od większości miast południowej części Meksyku. Architektonicznie najbardziej przypominało Michoacán.

San Cristobal de las Casas ufundowane zostało przez kolonizatorów ze wszystkich części Europy. Dzięki nieco chłodniejszemu klimatowi gdzieś pośrodku upalnych dżungli tropikalnych, miasto stało się siedzibą plantatorów i zarazem głównym ośrodkiem administracyjnym tej części wicekrólestwa. Po kilku wojnach domowych i odłączeniu się Chiapas od Gwatemali, stolicę przeniesiono do parnej i bezbarwnej Tuxtla, lecz San Cris na zawsze miało pozostać zdecydowanie bardziej kultowe.

Większość dwupiętrowych budynków ozdobiona była solidnymi dachówkami w starym, dobrym stylu. Elegancja europejskiego kunsztu i wykończenia budynków okraszone były natywnymi akcentami życia ulicy. Naznaczone czysto europejską przeszłością bogactwo miasta sprawiło, że San Cris stało się głównym ośrodkiem migracji rdzennej ludności prowincji i na przestrzeni ostatniego wieku stało się nieoficjalnym centrum kultury prekolumbijskiej Meksyku. Mówiono, że w przeciwieństwie do innych turystycznych miast Meksyku, bogate San Cris zawsze cieszyło się autentyczną atmosferą naznaczoną kulturowym wpływem rdzennej ludności Chiapas od zawsze.

Po powrocie do hostelu poznałem w pokoju przyjaznego podróżnika z Kanady, który był w mieście po raz setny. Pierwszego razu do San Cristobal de las Casas dotarł mocno po zmroku i zatrzymał się w jakimś szemranym hostelu, który kilka dni wcześniej pełnił funkcję burdelu. Właściciel miał tego dnia dobry humor i przez kilka dni wspólnie spożywali kokainę i rozmawiali o wszystkim. Na przestrzeni kolejnych lat i wypraw, John przemyślał życiowe priorytety, związał się z Meksykanką i na co dzień uczył angielskiego w ukochanej przez niego Gwatemali, gdzie rozważał pozostanie na dłużej.

Zanim zdążyłem się jeszcze dobrze obudzić następnego dnia, zobaczyłem powiadomienie, że w ostatniej chwili zostałem zaakceptowany na Couchu. Ule pracował do późnego wieczora, jednak któryś z jego współlokatorów powinien być w mieszkaniu i mogłem bez przeszkód zostawić rzeczy. Po zrzuceniu gratów w ogromnym domu gdzieś na przedmieściach, zamieniłem ze dwa zdania z będącym w pośpiechu domownikiem i wyszedłem na samotny spacer po San Cristobal de las Casas.

Tradycyjnie dla hiszpańskich miast kolonialnych, San Cristobal de las Casas tworzył szereg wąskich, idealnie prostopadłych uliczek, które prawie nigdy nigdzie nie zakręcały i w większości przypadków ciągnęły się aż do granicy miasta. Część z nich była przecięta placem, lub wzgórzem zwieńczonym kościołem. Wszystkie były jednopasmowe i jednokierunkowe; nie było świateł i nie uznawano zasady prawej ręki. Pierwszeństwo było kwestią przypadku, a samochody pokonywały skrzyżowanie po jednym na przemian z dwóch dochodzących do niego dróg. Znaczna większość uliczek była wybrukowana, a budynki utrzymane były w jednolitym stylu.

Poza architekturą, w San Cris podobali mi się tam ludzie. Wyglądali zupełnie inaczej niż w pozostałych częściach Republiki. Rdzenni mieszkańcy Chiapas nie wyglądali już jak Meksykanie z centralnych stanów. Ich rysy twarzy były mocno naznaczone Ameryką Centralną. Byli ładni i dostojni. Najbardziej jednak podobało mi się ich twarde, dumne i lekko wyzywające spojrzenie zahartowane ciężkim górskim klimatem. Silny charakter mieszkańców znalazł odzwierciedlenie w sposobie wyrażenia swojej opinii oraz ogólnej atmosferze relacji międzyludzkich. Ludność Chiapas nie miała kompleksów i nie bała się nikogo.

Po raz kolejny zacząłem cicho podziwiać tę różnorodność i odrębność kulturową meksykańskich stanów, której trochę brakowało Europie Środkowo-Wschodniej. Liczne pasma górskie przecinające Meksyk wzdłuż i wszerz utrudniały przez wieki komunikację pomiędzy regionami, dzięki czemu lokalne tradycje zdołały przetrwać. W płaskiej kulturowo i geograficznie Rzeczypospolitej wszystko zostało ujednolicone do tego stopnia, że każde jedno z blokowisk mogłoby się równie dobrze znajdować w Szczecinie, Rzeszowie czy też w Warszawie. Odległe o 60 kilometrów Tuxtla i San Cris były odmienne pod każdym względem i bardziej różniły się od siebie niż jakiekolwiek dwa polskie miasta.

Rdzenni mieszkańcy Chiapas

Do mieszkania wróciłem już po zmroku. Pomimo późnej pory nikogo jeszcze nie było i tylko dzięki temu, że ktoś zapomniał zamknąć drzwi, mogłem dostać się do salonu i poczekać na lokatorów. Zmęczenie powoli skłaniało mnie do pójścia spać, ale kiedy tylko poznaliśmy się z Ule, szybko znaleźliśmy kilka wspólnych tematów i nieprzerwana rozmowa przeciągnęła się przez kolejnych pięć godzin.

Ule pochodził z Oaxaca, a do Chiapas przeprowadził się kilka lat wcześniej. Pracował jako inżynier leśnictwa w organizacji pozarządowej, która zajmowała się ochroną stanowych dżungli. Mniej więcej połowę czasu spędzał w biurze w San Cris na planowaniu projektów i papierkowej robocie, a drugą połowę w terenie. Jego zespół współpracował na co dzień z rdzenną ludnością żyjącą w odizolowanych od świata osadach, a bycie leśnikiem gwarantowało wstęp do zamkniętych rezerwatów ścisłych, które na ogół nie były dostępne dla szerszej publiczności. Jak w przypadku większości projektów ochrony przyrody w Ameryce Łacińskiej, tak i tutaj całość finansowana była przez zachodni kapitał.

Pomimo codziennego obcowania z ludnością natywną oraz pochodzenia z wieloetnicznej Oaxaca, Ule był sceptycznie nastawiony do sztucznego promowania kultury prekolumbijskiej na potrzeby turystycznego marketingu. Świat szedł w stronę afirmacji lokalnych tradycji krajów egzotycznych, a będący główną destynacją amerykańskich turystów Meksyk zwyczajnie nie mógł iść w przeciwną stronę. Na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci zaczęto wyszukiwać i odkopywać zapomniane tradycje w celu zwiększenia atrakcyjności turystycznej kraju i rentowności branży, a zróżnicowany etnicznie Meksyk był do tego idealny.

Łatwe pieniądze od państwa, zachodnich organizacji i bogatych turystów zacementowały rozwój ekonomiczny i społeczny rdzennych mieszkańców meksykańskiej prowincji. Początkowo sprzedaż tanich rękodzieł napędzana była chęcią pomocy biednej, lokalnej ludności, a nie jakością produktu. Sukcesy kampanii litości osłabiły chęć do innowacji i ulepszania produktu, a zawsze dostępne zasiłki rządowe zabiły motywację ekonomiczno-edukacyjną mieszkańców. Powstało błędne koło, w którym Indianie mieli nigdy nie wyjść z biedy i kurczowo trzymać się skromnego dochodu opartego na nieco przekłamanym kultywowaniu lokalnych tradycji. Największym beneficjentem miał zostać meksykański rząd, który zarabiał na turystach pragnących zobaczyć sztucznie zacofane społeczności.

Jednym z mniej przyjemnych epizodów we wczesnych latach wzrostu popularności turystycznej San Cristobal de las Casas był proceder wypożyczania dzieci. Migrująca do miasta, zubożała ludność prowincji doskonale wiedziała, że turyści częściej wspierali finansowo żebrzącą kobietę z dzieckiem. Wynajem na cały dzień kosztował równowartość piętnastu złotych i zwracał się w przeciągu kilku pierwszych godzin biernej pracy na mieście. Całe przedsięwzięcie rozrastało się do nieprzyzwoitych rozmiarów, a kwestię traktowano w miasteczku zupełnie otwarcie. Spowodowane głośnym reportażem w krajowej telewizji umiarkowane oburzenie meksykańskiej opinii publicznej zmusiło jednak lokalnych przedsiębiorców do zmniejszenia profilu działalności.

Będąc dzieckiem Ule widział to wszystko w Oaxaca, która przeżywała podobną transformację kilkanaście lat wcześniej. Z biednego, zapomnianego stanu o wieloetnicznych problemach, Oaxaca stała się trochę mniej zubożałą, ciekawą destynacją turystyczną o mniej brutalnych wieloetnicznych problemach. Jakiś nieznany czynnik zadecydował jednak, że w pewnym momencie obudziła się tam drzemiąca kreatywność i Oaxaca zaczęła wypracowywać solidną pozycję prężnie działającego ośrodka meksykańskiej sztuki.

Poza podniesieniem poziomu życia lokalnej ludności, napływ turystów miał również negatywne skutki dla mieszkańców Oaxaca. W ramach anegdoty Ule opowiedział, jak w dzieciństwie chodził z kolegami z podstawówki „na piramidy” w stanowisku archeologicznym Mitla i bawiąc się w archeologów wykopywali prekolumbijskie artefakty mające tysiące lat. Większość z nich przeważnie zabierała ochrona, jednak kilka z nich udało mu się przemycić do domu, gdzie leżały po dziś dzień. Wraz z oparciem ekonomii na turystyce i powolnym wkręcaniu się w tryby kapitalistycznego świata, skończyła się niewymagająca dóbr materialnych sielankowa beztroska rdzennych mieszkańców tej części Meksyku.

San Juan Chamula

O miejscowości po raz pierwszy usłyszałem w Puebla, a relacje innych podróżników z wizyty w San Juan Chamula przewijały się praktycznie na każdym kroku wyprawy. Z każdym kolejnym razem coraz bardziej chciałem odwiedzić to niewielkie miasteczko, położone jeszcze bardziej w górach, jakieś dziesięć kilometrów od San Cris. Poza ogromnych rozmiarów pchlim targiem na którym tubylcy sprzedawali owoce swojej pracy, San Juan Chamula znane było przede wszystkim z ciekawej aranżacji wnętrza i absolutnie unikatowej atmosfery panującej w lokalnym kościele.

Świątynię przedstawiano mi jako jeden z dziwniejszych i najbardziej ekscytujących budynków sakralnych na świecie. W jego wnętrzu nigdy nie zrobiono ani jednego zdjęcia, co dodatkowo wzmacniało aurę tajemniczości. Przed wyprawą, jak i na wejściu ostrzegano mnie, że próba uwiecznienia lokalnych rytuałów najprawdopodobniej skończyłaby się zlinczowaniem. Miasteczko nie do końca było podporządkowane oficjalnej jurysdykcji stanu Chiapas – w wielu kwestiach stanowiono i skutecznie egzekwowano lokalne, naznaczone plemiennymi znakami przeszłości prawo. Mieszkańcy San Juan Chamula byli poważni i surowi, a fanatyczna groźba była jak najbardziej realna.

Średnich rozmiarów budynek świątyni pozornie wyglądał jak tysiące innych w tej części świata. Zewnętrzna fasada nie wyróżniała go absolutnie niczym, a przypadkowy przechodzeń nigdy nie zdałby sobie sprawy co kryje się w środku. Konserwatyzm połączony z jednością prekolumbijskich Indian sprawił, że Hiszpanom udało się narzucić lokalnej ludności nową wiarę tylko do połowy. Wynikiem była swoista fuzja katolicyzmu z animizmem, gdzie pradawne wierzenia przodków kultywowane były pod osłoną chrześcijańskiej fasady.

Już na samym wejściu do kościoła w San Juan Chamula czuć było woń przygody i niesamowitości doświadczenia. W środku unosił się intensywny zapach kadzideł i palonych, lokalnych specyfików, które w specyficzny sposób odurzały odwiedzających oraz tworzyły mistyczną atmosferę zamglonej świątyni wczesnego Bizancjum. Dym i zasłonięte okna znacznie ograniczały widoczność, a każdy centymetr podłogi pokryty był świeżymi gałęziami drzew iglastych. Zanim zdążyłem jeszcze cokolwiek zobaczyć czułem się jak gdybym chodził po górskim lesie chwilę po zmroku i miał właśnie trafić na nieludzko chory rytuał heretyków z czasów tuż sprzed Inkwizycji.

W kościele nie było ławek. Liczne starsze kobiety klęczały bezpośrednio na posadzce z kilkunastoma zapalonymi świecami przed sobą. Wosk spokojnie wlepiał się w rozsypane gałęzie i samo podłoże. Kobiety te modliły się klęcząc do momentu wypalenia się wszystkich świec. Jakieś kilka godzin. Gdzieś pomiędzy nimi biegały puszczone samopas żywe kury i inne zwierzęta hodowlane.

Podchodząc powolnym krokiem do ołtarza zdałem sobie sprawę, że trafiłem akurat na ceremonię poświęcenia zwierząt. Kapłani ubrani byli w oryginalne białe futra lokalnej zwierzyny. Najwyższy dostojnik otoczony był śpiewającym kręgiem najwierniejszych i przy akompaniamencie nieznanych mi instrumentów muzycznych, sprawnie poderżnął kurze gardło. Chwilę później tą niezajętą trzymaniem ofiary ręką wychylił mocnego łyka wyskokowego alkoholu z przezroczystej, szklanej butelki, po czym puścił trunek w obieg. Gdy wszyscy kapłani zmoczyli usta, cała grupka nie przestając śpiewać i grać, spokojnie wyszła z kościoła pozostawiając jedynie aurę niedorzeczności i absurdalności tego co właśnie zobaczyłem.

Po kilku minutach chłonięcia atmosfery tego dziwnego miejsca i wewnętrznej akceptacji tego co właśnie zobaczyłem, wyszedłem ze świątyni i wróciłem lokalnym autobusem do San Cris.

Problematyczne Chiapas

Na kolację tego wieczoru był ugotowany przeze mnie gulasz i placki ziemniaczane. Podczas wieczerzy rozmawialiśmy z Ule i trójką współlokatorów-współpracowników o przygodach leśników w terenie orz problemów wieloetnicznego Chiapas. Okazało się, że meksykański rząd nie sprawował faktycznej kontroli nad wieloma zakamarkami stanu, a samostanowienie prawa było całkiem powszechne. W niektórych regionach rdzenna ludność była dość wrogo nastawiona do bielszych przybyszy, co poza częstym mierzeniem groźnym wzrokiem, czasami objawiało się rozbojem w biały dzień.

Gdzieś w połowie kolacji wspomniano o zawiści mieszkańców San Juan Chamula wobec sukcesu ekonomiczno-turystycznego San Cris i jawnego konfliktu pomiędzy miastami. Jednym z bardziej drastycznych skutków waśni była sytuacja sprzed roku, kiedy jednemu z mieszkańców San Cris skradziono auto. Dzięki systemowi namierzania poszkodowany bez trudu zlokalizował samochód i wraz z synem pojechał domagać się zwrotu własności do San Juan Chamula. Tłum związał starszego i spalił w miejscu publicznym. Syna wypuszczono tylko po to, by ostrzegł mieszkańców San Cristobal de las Casas, że nigdy nie powinno się dochodzić raz zrabowanego auta.

Poza ruchem komunistycznym Movimiento Zapatista, który de facto sprawował rządy nad znaczną częścią stanu, Chiapas pełne było małych, odciętych od świata społeczności, które spokojnie żyły swoim życiem. Ludzie ci nie do końca zdawali sobie jeszcze sprawę z postępu cywilizacji, wolno się uczyli i zwyczajnie nie rozumieli procesów społecznych XXI wieku. Ich integracja w tryby współczesnej Republiki była ciężkim zadaniem i najpewniej zajmie co najmniej jeszcze jedno stulecie. Ule prowadził wiele projektów terenowych w dżungli z tubylcami dla których był jednym z pierwszych łączników z resztą świata. W przypadku opóźnienia wypłaty o kilka dni, leśnicy byli niekiedy przywiązywani do drzewa i wypuszczani dopiero po uregulowaniu płatności. Prawdopodobnie też nie raz zdarzyło się, że któregoś kolegę z pracy zlinczowano, ale o tym chłopaki mówili już raczej niechętnie.

Nazajutrz rano odczułem pierwsze objawy choroby, która niespodziewanie przedłużyła mój pobyt w San Cris o kilka dni i praktycznie uziemiła mnie w mieszkaniu Ule. Okazało się, że Zemsta Montezumy oraz salmonella często dopadały podróżników przemierzających Chiapas. Któregoś dnia podczas chorych, gorączkowych przemyśleń w środku nocy zdałem sobie sprawę ze znacznych podobieństw pomiędzy podróżowaniem utartą trasą Argentyna-Kolumbia, a bezcelowym szwendaniem się po Meksyku. W obu przypadkach większość podróżników o praktycznie identycznych poglądach, prawie zawsze z tych samych krajów odwiedzała zawsze te same, alternatywne miejsca.

Meksyk był równie zróżnicowany jak cały kontynent na południu i sam w sobie tworzył swoisty mikroklimat podróżników, którzy przeważnie przeznaczali mniej więcej tyle samo czasu na dogłębne poznanie Republiki, co na przemierzenie całej Ameryki Południowej z południa na północ. W całym tym równaniu Chiapas miało być analogiczne do Boliwii, gdzie akcenty rdzennej prekolumbijskiej ludności były jeszcze dosyć mocno zaznaczone i gdzie higiena dopiero raczkowała.

Movimiento Zapatista

Gdy po kilku dniach spokojnego majaczenia w San Cris zacząłem wreszcie dochodzić do siebie, czym prędzej postanowiłem kontynuować wyprawę i udać się wgłąb dzikiego Chiapas. Ze względu na wątpliwą jakość drogi oraz częste blokady ostrzegano mnie, że pokonanie 200-stu kilometrowego odcinka mogło mi zająć cały dzień. Mając na uwadze doświadczenia z autostopowego rajdu wzdłuż wybrzeża Oaxaca, postanowiłem wstać jeszcze przed świtem i nie jedząc śniadania czym prędzej wyruszyć na drogę.

Godzina wystarczyła, by dostać się na wylotówkę po przeciwnej stronie miasta. Zabudowa San Cristobal de las Casas kończyła się zupełnie nagle i bez żadnej wyraźnej zapowiedzi. Pokonując ostatnie osiedle tętniącego życiem przedmieścia, nagle znalazłem się na ostatnim zakręcie przy wylotówce, który płynnie przechodził w zupełnie leśną drogę prowadzącą do interioru stanu. Widok tej wspaniale dzikiej drogi wprawił mnie w delikatnie niezdrowe podekscytowanie. Po kilkumiesięcznym opóźnieniu znalazłem się wreszcie na ostatniej prostej do najdzikszej z meksykańskich dżungli.

Skrzyżowanie było wąskie, a jedyny dogodny punkt autostopowy i tym razem okupowany był przez liczne wozy eskortujące pielgrzymów z pochodniami. Święto Virgen de Guadalupe miało odbyć się już za dwa dni, a główna droga ze stolicy Republiki do południowych rubieży Chiapas prowadziła właśnie tędy. Niemniej jednak poranny widok był tylko skromną zapowiedzią niezwykłego, nawet jak na Meksyk, harmidru i chaosu panującego na drogach i obrzeżach miast. Auta pielgrzymów stanowiły około 90% wszystkich pojazdów na drogach i sprawiły, że na co dzień opustoszała droga była momentami zakorkowana. Wszyscy pozdrawiali się klaksonami i słuchali głośnej muzyki. W atmosferze jedności i zabawy, karnawałowy sznur leniwie wlókł się przez dżunglę.

Chwilę po odjechaniu wszystkich pielgrzymów zatrzymało się auto, którego kierowca zaoferował mi miejsce sporych butlach z gazem na pace wypchanego po brzegi pickupa. Kurczowo trzymając się mojego siedziska obserwowałem piękną trasę, która z wysokogórskich lasów iglastych płaskowyżu San Cris płynnie przechodziła w coraz gęstszą dżunglę. Droga była kręta, górska i obfitowała w nagłe zmiany wysokości; błędnik szalał. Raz na jakiś czas musieliśmy zwolnić, gdyż dostępny był tylko jeden pas jezdni – drugi gdzieś się tam kiedyś osunął i nie było środków na jego odbudowanie.

Dzikość było widać zarówno po krzepnącej faunie, jak i słabnącym zagospodarowaniu przestrzeni przez tubylców. Chaos zwiększał się w miarę oddalania od miasta. Wyprzedzając skupiska pielgrzymich wozów momentami miałem wrażenie, że byliśmy jedynym autem na tej drodze od dłuższego czasu. Składające się z kilku niedbale postawionych domków osady zdarzały się sporadycznie, a nieprzyzwyczajone do samochodów dzieci beztrosko bawiły się na środku drogi stanowej. Przy każdym wyjeździe z posesji i każdym domku w osadzie, tubylcy w prywatnym zakresie stawiali nielegalne progi zwalniające, które nie były jakkolwiek oznakowane i przy większej prędkości groziły mocnym wybiciem z progu.

Poza progami, tempo wyprawy spowalniały częste blokady drogi, na których lokalna ludność zbierała myto za przejazd przez jej terytorium. Było to nielegalne, ale prawo już tutaj nie sięgało. Każdy mógł robić co chciał. W przeciwieństwie do pozostałych arterii komunikacyjnych Meksyku, na drodze do Ocosingo nie było ani jednego zbrojnego posterunku militarnych, żadnego punktu kontrolnego i żadnego przejawu zorganizowanej władzy. Coraz częściej widziałem natomiast billboardy propagandowe z sierpem i młotem, wizerunkiem Che Guevary oraz hasłami zachęcającymi do kolektywnej walki o lepszy los. Raz po raz zaczęły się pojawiać uzbrojone posterunki partyzanckiej armii czerwonej oraz zabarykadowane drogi prowadzące do baz militarnych usytuowanych gdzieś pośrodku dżungli, które zwiastowały, że wjeżdżałem na terytorium Movimiento Zapatista.

W odpowiedzi na paskudne traktowanie lokalnej ludności przez rząd federalny, mocno lewicowy ruch Movimiento Zapatista rozpoczął zbrojne działania partyzanckie na tym obszarze. Socjalistom udało się zwrócić uwagę świata na nieludzkie warunki i dyskryminację rdzennej ludności Chiapas. Wkrótce międzynarodowa presja zmusiła meksykański rząd do zaprzestania bezpardonowej eksploatacji społeczności i zalegalizowania działalności ruchu. Pomimo licznych kłód rzucanych przez skorumpowany rząd Republiki, w nadchodzących wyborach Movimiento Zapatista miało wystawić oficjalnego kandydata na prezydenta. Ruch sprawował również faktyczną władzę nad znaczną częścią Chiapas, a region przez który przejeżdżałem był jego sercem administracyjnym. W wielu kręgach dominowało przekonanie, że Chiapas to już nie był Meksyk.

Z pickupa zeskoczyłem po blisko czterech godzinach jazdy na samych przedmieściach Ocosingo, gdzie od razu usiadłem w przydrożnym lokalu z tacos i zjadłem pierwszy tego dnia posiłek. Po kilkunastominutowej wędrówce, zacząłem łapać stopa za kolejnymi stoiskami z jedzeniem przy wylotówce po drugiej stronie miasta. Po kilku minutach zatrzymał się pracujący w finansach Kolumbijczyk, który jechał aż do Palenque. Pomimo kilku oberwanych przez tropikalne deszcze jezdni i dżungli intensywnie wdzierającej się na drogę, mój nowy kompan jechał naprawdę szybko i gaworząc radośnie o wszystkim wspólna podróż zleciała w ułamku chwili.

Wodospady Agua Azul

Dzięki szczęściu na drodze miałem naprawdę dobry czas i dojechałbym do Palenque dużo wcześniej niż przewidywałem. Widząc odpowiednie skrzyżowanie, w ostatniej chwili postanowiłem zboczyć nieco z trasy i zobaczyć jeszcze po drodze wodospady w Agua Azul. Życząc szczęścia w podróżach, Kolumbijczyk wysadził mnie na niemal całkowicie opuszczonym skrzyżowaniu. Stała na nim tylko jedna taksówka; kierowca wyglądał jakby dłuższy już czas czekał na jakiegoś zabłąkanego turystę. Nie było ani jednego stoiska z jedzeniem, co w podobnych punktach w Meksyku ciężko się nie zdarzało. Boczna droga do wodospadów była malutka i nie zapowiadało się, by ktoś miał jej użyć tego dnia.

Do celu brakowało jakieś dziesięć kilometrów i byłem skłonny pokonać trasę pieszo z całym dobytkiem na plecach. Plan szybko się zmienił, gdyż już na samym początku wędrówki zatrzymała się wywrotka transportująca materiały budowlane do osady położonej tuż przy wodospadach. Podczas krótkiej przejażdżki pośród perfekcyjnie pięknych, wiecznie zielonych wzgórz Chiapas, podróżujący z dwójką dzieci kierowca opowiadał mi o ciężkiej pracy lokalnej społeczności nad oczyszczeniem i udrożnieniem wodospadów, które mocno ucierpiały podczas wrześniowego trzęsienia ziemi.

Woda nie była już tak krystalicznie czysta i niebieska jak kiedyś, ale otoczone dziką wegetacją wodospady wyglądały przyjemnie. Okolica wokół nich była gęsto zagospodarowana nadmiarem nieużywanej obecnie infrastruktury turystycznej, która cierpliwie czekała powrotu świetności atrakcji. Pomimo ekonomicznie chudych miesięcy i całkowitym oparciu lokalnej gospodarki na przyjezdnych, tubylcy nie prowadzili nachalnej polityki sprzedażowej znanej z pozostałych części Meksyku. Turystyczny biznes nie zmienił ich; nadal byli życzliwi i zachowali oni w tym wszystkim godność, a ja z jeszcze większym optymizmem zacząłem postrzegać małe społeczności lokalne w Chiapas.

Po około godzinnej wędrówce w górę i w dół wodospadu zacząłem powoli myśleć o powrocie. Do zachodu słońca zostały jakieś dwie godziny. Postanowiłem spróbować pokonać trasę pod górę, do głównej drogi na piechotę, a następnie dostać się stopem do Palenque jeszcze tego samego dnia. Zapach dżungli wraz z ciągnącymi się w nieskończoność, zielonymi wzgórzami Chiapas i odgłosami dzikiego życia coś we mnie obudziły i sprawiły, że chciałem rozkoszować się tą piękną drogą jeszcze przez kilka chwil dłużej. Zaakceptowałem koślawy plan czując podekscytowanie na myśl o byciu postawionym w sytuacji, gdzie musiałbym po zmroku rozbić namiot w tej dziczy, pozostawiony na pastwę czających się w mroku drapieżników. Po delikatnym spowszednieniu przygody jeżdżenia stopem i szwendania się po niespokojnych dzielnicach meksykańskich miast, tarapaty na łonie natury zdawały się być zapowiedzią nowego typu przygody.

Gdzieś w połowie drogi pod strome wzniesienie usłyszałem odgłosy zbliżającego się auta, które nieco zaburzyły sielankowy nastrój pieszej wyprawy. Doznałem też swojego rodzaju ulgi na myśl o przerwaniu okupionej litrami potu wędrówki i dostaniu się przed zmrokiem do Palenque. Ambiwalentnie postanowiłem pozostawić decyzję losowi i tylko raz machnąłem ręką na przejeżdżający samochód. Kierowca zatrzymał się od razu i ja również bez chwili zastanowienia wskoczyłem do najstarszego, działającego auta w mojej autostopowej karierze.

Stary, masywny Chevrolet z pewnością pamiętał jeszcze czasy sprzed pierwszej wojny światowej. Na skórzane kanapy we wnętrzu pojazdu zmieściłby się tuzin osób, a do bagażnika jeszcze ze dwie. Życzliwa trzyosobowa rodzina z nastoletnią córką na tylnym siedzeniu jechała właśnie na weekendowe zakupy do miasta, co nie zdarzało im się zbyt często. Prawie nie opuszczali osady swojej społeczności na brzegu wodospadów Agua Azul, a ja byłem prawdopodobnie pierwszym przybyszem zza granicy z którym nawiązali jakąś poważniejszą i bezinteresowną rozmowę.

W pewnym momencie stanęliśmy przy rozpadającej się i ulepionej z nie wiadomo czego chatce. Przybytek okazał się przydrożną stacją z długoletnią tradycją, gdzie benzynę magazynowano w wiekowych kanistrach i filtrowano przez szmatę wlewając do baku. Podczas gdy głowa rodziny wraz z małżonką poszli porozmawiać z zaprzyjaźnionym właścicielem stacji, ja pogawędziłem trochę z ich nieśmiałą córką. Młoda Meksykanka nie rozumiała koncepcji podróżowania. Mieszkając tam na dole w dżungli nikt nigdy nie miał takiej potrzeby, większość ludzi znało tylko swoją wioskę i drogę do stolicy regionu, Palenque. Niektórzy czasami odwiedzali jakichś dalszych krewnych w pozostałych regionach Chiapas. Ponoć wszyscy byli szczęśliwi. Po powrocie starszych porozmawialiśmy jeszcze wszyscy o spokojnym życiu w regionie podczas pokonywania porozrywanej trzęsieniem ziemi jezdni. Po około godzinnej przejażdżce wyrzucono mnie już po zmroku w samym centrum Palenque.

Palenque

Szalejący w tych dniach nad całym Meksykiem zimny front z północy dawał już się we znaki i po zadowalającym posiłku w przydrożnym stoisku tacos obszedłem przesiąknięte wilgocią Palenque i udałem się do mojego hosta na przedmieścia. Do małego osiedla złożonego z trzech domków prowadziła wyryta w dżungli szutrowa droga. Hości byli sympatycznymi ludźmi i wyznawali zasadę akceptowania dosłownie każdego podróżnika, który pokonywał trasę Chiapas-Jukatan. Pogadaliśmy trochę o wszystkim i ze względu na ogólnie zmęczenie wszystkich obecnych dość prędko poszliśmy spać.

Tuż nad ranem usłyszałem jeszcze w półśnie dobiegły mnie odgłosy kolejnych surferów, którzy mieli zatrzymać się w mieszkaniu przez kilka dni. Trzy trochę ode mnie starsze Hiszpanki robiły właśnie typową trasę z docelowym, ostatnim przystankiem w San Cris. Nie były absolutnie zainteresowane poznawaniem lokalnych mieszkańców i na całą wyprawę przeznaczyły niecały miesiąc. Wspólnie udaliśmy się z rana do pobliskich piramid Majów, które były główną atrakcją miasta.

Poranek był rześki i pobudzający. Czuć było jednak w powietrzu zapowiedź krótkotrwałych upałów wczesnego popołudnia, które pod koniec dnia płynnie przechodziły do temperatury nadwiślańskiego wieczoru wczesnym latem. Palenque położone było na granicy porośniętych dżunglą, średniowysokich wzgórz i rozległej niziny ciągnącej się aż do Jukatanu. Panujący w tym miejscu mikroklimat stwarzał prawdopodobnie jedne z lepszych warunków dla życia człowieka w porze zimowej. W żadnym momencie dnia nie było ani zbyt gorąco, ani za zimno.

Pomimo znikomego entuzjazmu na myśl o odwiedzeniu kolejnego stanowiska archeologicznego prekolumbijskich Indian, już na samym wejściu do Palenque jakikolwiek sceptycyzm przepadł bezpowrotnie. Widok nieźle zachowanych piramid, które przeżyły rozkwit i upadek wielkich cywilizacji kilka wieków wcześniej gdzieś pośrodku dżungli był czymś zdecydowanie wartym zobaczenia. Kilka miesięcy później Palenque okazało się być kilkaset razy bardziej fascynujące aniżeli zdecydowanie przereklamowane i bezbarwne Chichen Itza. Natura pozostawała tutaj nieujarzmiona i gdyby nie skromne zabiegi archeologów, nieposkromiona dżungla już dawno pożarłaby pradawne budynki Majów. Gdzieś na obrzeżach kompleksu można było się wykąpać w niejednym wodospadzie, zobaczyć małpy, kolorowe ptaki i wyruszyć na przechadzkę do dziewiczej jeszcze dżungli.

W kompleksie spędziliśmy cały dzień, a wizyta ani przez chwilę się nie dłużyła. Po średniej jakości obiedzie gdzieś w centrum miasta, obejrzeliśmy jeszcze w telewizji relację z obchodów Święta Virgen de Guadalupe w stołecznej katedrze i dość wcześnie poszliśmy spać. Następnego dnia rano miałem się udać drogą graniczną wgłąb dżungli, na sam kraniec Meksyku, do miejsca, gdzie nigdy niepodbite plemię Indian pozostawało w harmonii z naturą, a ingerencja człowieka w środowisko naturalne była praktycznie nieobecna.

Carretera Fronteriza

W trakcie wypraw autostopowych pobudka z samego rana przeważnie zwiastowała długą i ciężką trasę do pokonania. Zapowiadała również wspaniały dzień wypełniony małymi przygodami, rozmowami z nowymi ludźmi, piękne widoki i satysfakcję z poznania kolejnego kawałka coraz mniejszego świata. Podczas tych niekończących się podróży niewiele było piękniejszych rzeczy niż obserwowanie wschodu gdzieś na trasie i przeżycie całego dnia zupełnie przypadkowo, z całkiem przypadkowymi ludźmi, kończąc przy tym w równie przypadkowym miejscu. Na koniec dnia, tygodnia, miesiąca, czy roku podróży przeważnie okazywało się, że sama droga była dużo bardziej ciekawa i wartościowa, aniżeli sam cel. Cel który gdzieś tam zdążył rozmyć się na przestrzeni lat i sam stał się drogą.

Pierwszy posiłek zjadłem w stanowisku, które dopiero rozkładało się tuż obok stacji benzynowej na ostatnim skrzyżowaniu w Palenque. Korzystając z okazji zagadałem do jedzących te samo tacos z gulaszem współbiesiadników i po krótkiej wymianie zdań, jeden z nich obiecał mnie zabrać po posiłku. Kierowca luksusowego autokaru jechał właśnie odebrać grupę turystów z wodospadów Agua Azul, a następnie miał ich zawieźć prosto na Jukatan. Po kwadransie przejażdżki zostałem wyrzucony na strategicznie dużym skrzyżowaniem dróg krajowych kilkanaście kilometrów za miastem.

Ciężki posiłek i brak przyzwyczajenia do tak wczesnego śniadania wystarczająco podbiły poziom insuliny i rozleniwiły mnie już na cały dzień, wspaniale dostosowując mnie przy tym do wolnego trybu życia dżungli. Czas przestał się już jakkolwiek liczyć, a mi przestało zależeć na tym, czy dotrę tam gdzie zaplanowałem. W leniwym błogostanie spokojnie oczekiwałem, co przyniesie droga tego dnia.

Po niecałych kilku minutach czekania zostałem zgarnięty przez młodego inżyniera, który powiedział mi, że jeszcze nigdy nie widział żadnego europejskiego autostopowicza na tej trasie. Podczas studenckich praktyk przy odwiertach Shella w Zatoce Meksykańskiej poznał wielu Holendrów i dobrze mu się z nimi podróżowało. Zdecydowanie bardziej przemawiał do niego europejski styl życia i kultura. W mgliście odległej przeszłości rozważał permanentną migrację na Stary Kontynent.

Daniel wyrzucił mnie w Río Chancalá, które było miasteczkiem położonym wokół ostatniego większego skrzyżowania w regionie. Tutaj właśnie zaczynała się droga graniczna, Carretera Fronteriza. Przez kolejne 200 kilometrów prostej jezdni miałem już nie napotkać większego ludzkiego skupiska. Prawie nieistniejący ruch aut z Palenque do Río Chancalá tutaj stawał się jeszcze rzadszy. Podczas półgodzinnego oczekiwania na progu zwalniającym tuż za stoiskiem z bananami przejechały ze trzy samochody, a ja nie mając do kogo średnio nawet już machałem kciukiem. Bez zbędnego wysiłku i parcia do przodu, w pewnym momencie z piskiem opon zatrzymało się przeznaczone mi auto z dwoma dżentelmenami jadącymi gdzieś tam na kraniec świata.

Ubrany w koszulę kierowca po czterdziestce pochodził z położonego na umiarkowanej północy Republiki stanu San Luis Potosi i prowadził firmę budowlaną. Drugą osobą w pojeździe był pochodzący z Hondurasu były pracownik, który nielegalnie przybył do Meksyku kilka lat wcześniej i z pewnych względów zmuszony był wrócić do ojczyzny tą samą metodą przez dżunglę. Spotkali się zupełnie przypadkiem w Palenque i radośnie wspominali stare czasy. Nie znali miejsca do którego jechałem, ale jadąc na sam koniec drogi obiecali mnie wysadzić tam gdzie chciałem.

Gdzieś na samym początku drogi napotkaliśmy pierwszy posterunek wojskowych, którzy koncentrując się na przechwycie nielegalnych imigrantów z południa, nawet nie zatrzymywali aut jadących w stronę Gwatemali. Kilka kilometrów dalej dostrzegliśmy pierwszych przybyszy z Ameryki Centralnej. Rząd skąpo ubranych ludzi, którzy szli wzdłuż drogi stał się naturalną częścią krajobrazu drogi granicznej. Siedzący na przedzie towarzysz, powiedział, że kiedy we wczesnej młodości przyjeżdżał do Meksyku w poszukiwaniu lepszego życia, również pokonał całą tę trasę na piechotę. Wędrówka w pełnym upale dżungli Chiapas zajęła mu cztery dni, a kilku mniej przystosowanych kompanów poległo z wycieńczenia. Paradoksalnym wydało mu się, że po latach, podczas gdy wszyscy jego rodacy garną w pocie czoła do Meksyku, on spokojnie jedzie samochodem w drugą stronę.

Wędrując pieszo drogą graniczną cały czas było się narażonym na złodziei czających się na ostatnie życiowe oszczędności migrantów oraz na patrole wojskowych losowo zawracające tych nieudokumentowanych. Jedyną pozytywną szansę było dla nich współczucie i pomoc życzliwych Meksykanów, którzy niekiedy wspomagali przybyszy jedzeniem i noclegiem na kilka dni. W Palenque znajdował się nawet prowadzony przez starszą parę, legendarny Dom Imigranta, który od kilkunastu lat oferował strudzonym możliwość odpoczynku po trudnym etapie Carretera Fronteriza.

Pokonywana najczęściej na czczo droga przygraniczna była pierwszym etapem piekła, jakie nieudokumentowany mieszkaniec Ameryki Centralnej musiał przejść na swojej drodze do bogatszych stanów północy Meksyku. Wielu z nich ginęło już w Chiapas z wycieńczenia lub w wyniku postrzelenia przez meksykańskich snajperów. Wielu pochłonęła Bestia i handel ludźmi na potrzeby północnych plantacji. Po miesiącach niebezpieczeństw i naprawdę ciężkiego kawałka chleba, niewielkiej części migrantów udało się znaleźć nowy dom i rozpocząć lepsze życie.

Krajobraz przez całą drogą był dosyć jednorodny, jednak w miarę oddalania się od Palenque widać było coraz mniej bocznych skrzyżowań i coraz mniej ludzkich siedzisk przy drodze. Dżungla Lacandona stawała się coraz gęstsza a teren coraz bardziej płaski. Ilość nielegalnie postawionych przez Indian progów zwalniających nie malała, a z czasem stawały się one coraz wyższe i coraz mniej widoczne. Ze względu na ponad setkę na liczniku na dość wąskiej drodze, kilka takich obiektów pozwoliło nam na całkiem daleki wyskok dobrze latającym, małym samochodem. Po blisko dwóch godzinach przejażdżki dojechaliśmy wreszcie do skrzyżowania San Javier na którym mieścił się spory posterunek militarny oraz budka poboru opłat za wejście do dżungli.

Selva Lacandona

Po uiszczeniu raczej symbolicznej opłaty i odmówieniu podwózki lokalnym taksówkarzom udałem się pieszo w kierunku osady Lacanjá. Po niecałych dwóch minutach leniwie zamachałem na przejeżdżający samochód. Kilkunastoletni Adolfo jechał w tym samym, jedynym możliwym kierunku i postanowił podrzucić mnie te kilka kilometrów, dzieląc się przy tym spostrzeżeniami na temat życia osady. Po kilkumiesięcznym opóźnieniu, dotarłem wreszcie do jednego z ostatnich wolno żyjących ludów meksykańskiej dżungli i trochę nie mogłem się doczekać poznania społeczności najbardziej kontrowersyjnego plemienia Meksyku, los Lacandones.

Selva Lacandona szczyciła się tytułem najlepiej zachowanej, pradawnej puszczy w Meksyku. Do wizyty zachęciła mnie przede wszystkim partnerka, która w momencie wyprawy szlifowała pracę dyplomową na temat oryginalnej architektury mieszkańców dżungli. W Lacanjá zamierzałem spędzić dwa dni i chciałem w tym czasie poznać ludzi ze wszystkich warstw społecznych. Selva Lacandona była dla mnie najdalszym punktem i zarazem początkiem końca wyprawy na południowe kresy Meksyku.

Lacandones byli dalekimi krewnymi Majów i obecnie ich populacja nie liczyła więcej aniżeli tysiąc osób. Do Chiapas przybyli we wczesnej epoce prekolumbijskiej. Gęsta i niedostępna dżungla w połączeniu z pół-koczowniczym trybem życia sprawiły, że Hiszpanie nigdy nie zdołali w pełni podbić i narzucić chrześcijańskiej wiary plemieniu. Lacandones stali się jedną z bardziej konserwatywnych grup etnicznych Ameryki Północnej. Dzięki skutecznemu lobbyingowi oraz zręcznemu marketingowi etnicznemu, wywalczyli niemal całkowitą kontrolę nad ogromnymi połaciami stanu Chiapas. De facto, byli prawdziwymi panami i jedynymi zarządcami ziemi przodków. Każdego roku mieli otrzymywać pokaźną sumę państwowych i zagranicznych dotacji na ochronę dziewiczej przyrody tej części Republiki.

Chęć utrzymania statusu administratora najlepiej zachowanej dżungli Meksyku zmusiła Lacandones do pieczołowitego dbania o nieskazitelny wizerunek. Nielicznym przybyszom sprzedawano zawszę tę samą fabularną historię o szczęśliwym plemieniu wiodącym idylliczne życie w sercu prastarej dżungli na krańcu Republiki. Idealnym momentem opowiadania było wieczorne posiedzenie przy ognisku, gdzie moc rozważnie ułożonej narracji spotęgowana była przez odgłosy dżungli, całkowitą ciemność w skąpo zelektryfikowanej osadzie i czyste niebo. Ubrani w tradycyjne, białe szaty przewodnicy przeważnie opowiadali turystom dokładnie to, co chcieli oni usłyszeć decydując się na prawdziwie alternatywną wycieczkę wgłąb dżungli.

Lacanjá

Pierwsze wrażenie było jak najbardziej pozytywne. W osadzie nie widać było samochodów i zbyt wielu turystów, a lokalna ludność w większości nosiła tradycyjne, białe szaty. Tubylcy byli szczerze życzliwi i pomimo słabej znajomości hiszpańskiego zawsze jakoś starali się ze mną porozmawiać. Na ulicach beztrosko bawiły się dzieci, dla których byłem chyba większą atrakcją turystyczną niż vice versa. Większość nabrzeża spokojnie przepływającej rzeki była zagospodarowana prywatnymi plażami, których właściciele nie mieli obiekcji do mojej kąpieli. W osadzie czuć było siłę natury, której mieszkańcy nie próbowali ujarzmić i która dominowała krajobraz pod każdym aspektem.

Wraz z nadejściem zmroku Lacanjá stawała się jeszcze bardziej klimatyczna. Odgłosy nocnego życia dżungli były przeszywająco piękne, a brak większych źródeł sztucznego światła w promieniu kilkuset kilometrów gwarantował spektakularny widok na rozgwieżdżone niebo. Prekolumbijska architektura zbudowanych na planie koła, drewnianych chatek o palmowych dachach naturalnie komponowała się z przyrodą. Wieczorny spacer i spędzenie nocy w jednym z tak naturalnie zbudowanych przybytków warte były przejechania kilkuset kilometrów.

W społeczności Lacanjá wszystko od początku do samego końca było oparte na symbiozie i poszanowaniu natury. Okazało się, że gdzieś na skraju dżungli możliwym było spokojne i szczęśliwe życie bez plastiku, betonu i nadmiernej elektryczności. Mając jedynie ograniczony dostęp do Internetu na kartki, lokalsi nie byli tak mocno przywiązani do swoich inteligentnych urządzeń. Świadomość istnienia miejsc idących pod prąd światowych nurtów globalizacji podniosła mnie nieco na duchu i pozwoliła z większym optymizmem spojrzeć na świat.

Główną atrakcją drugiego dnia w społeczności Lacanjá była wyprawa z lokalnym przewodnikiem w głąb dżungli. Całkowitym zbiegiem okoliczności udało mi się poprzedniego dnia podpiąć do wcześniej zorganizowanej wycieczki za skromny ułamek ceny. Osobami które zmówiły wyprawę była para Meksykanów z Los Altos de Jalisco. Nowi towarzysze posiadali typowo europejską urodę tamtego regionu Republiki oraz byli nadzwyczaj sympatyczni.

Trasa wytyczona prowadziła średnio udeptaną ścieżką. Naznaczona była licznymi przejściami nad meandrującą rzeczką, śladami jaguarów i nieprzerwanymi odgłosami tukanów. Przez całą drogę towarzyszyła nam czwórka radosnych psów, które biegając na wszystkie strony radośnie sprawdzały teren i miały ostrzec przed ewentualnym niebezpieczeństwem. Tego dnia zobaczyłem po raz pierwszy majestatyczną la Ceiba, która było świętym drzewem Majów o całkowicie białej i „uzębionej” korze. Przewodnik zasugerowała nam powrót w kwietniu, kiedy to la Ceiba zakwita i cała dżungla pokryta była fioletowymi listeczkami drzewa.

Gdzieś w połowie wyprawy dotarliśmy do Ciudad Perdida, które było niewielkich rozmiarów kompleksem ruin i pozostałości po opuszczonym mieście Majów. Poza jedną dobrze zachowaną świątynną piramidą, większość stojących tam niegdyś budynków dawno została rozkradziona, zapadła się pod ziemię, lub zwyczajnie pochłonęła je dżungla. Piramida była niemal całkowicie porośnięta intensywnie zielonym mchem, lianami i gdzie nie gdzie zaczęły na niej wyrastać drzewka. Klimat opuszczonej świątyni przypominał trochę wczesne przygody Indiana Jones.

Zwieńczeniem wyprawy był wodospad, który na przestrzeni lat władczo zwiększał swoje terytorium pochłaniając kolejne drzewa, z których część leżała teraz u jego stóp. Ich zapowiadający się przez lata upadek pośród miliona tęcz musiał być spektakularnie piękny, a ja wyobraziłem sobie widowisko powalenia jednego z ostatnich drzew kurczowo trzymających się jeszcze na granicy wodospadu. Z biegiem czasu skamieniałoby ono pod grubą powłoką minerałów jak jego poprzednicy i wkomponowałoby się w życie wodospadu; harmonia w naturze zostałaby zachowana.

Wieczorem udałem się jeszcze na ostatni spacer po osadzie. Piękno podróżowania zawsze łatwiej było dostrzec podczas tych pięknych momentów płynnego przejścia dnia w noc oraz nocy w dzień. Łatwiej też było docenić piękno natury z którą przestaliśmy na co dzień mieć kontakt, zamykając się w betonowych kwadratach przecznic stolicy. Niemal pozbawiona ingerencji człowieka i naznaczona odgłosami jaguarów Selva Lacandona była miejscem spektakularnym pod każdym względem.

Jeszcze raz Meksyk

Ze względu na chęć spędzenia zbliżających się Świąt z dziewczyną w mieście Meksyk, moja przygoda miała zakończyć się w tym miejscu. Drogie bilety lotnicze wysokiego sezonu w połączeniu z podróżniczym uzależnieniem dodawania kolejnych punktów na mapie sprawiły, że rzutem na taśmę, postanowiłem wrócić do stolicy Republiki stopem przez dwa stany leżące nad Zatoką Meksykańską. Chciałem jeszcze zatoczyć pełne koło tej wyprawy i czułem, że tej obfitującej w przygody wyprawy nie można zakończyć tak po prostu wsiadając z dżungli do samolotu lecącego w kierunku dwudziestomilionowego giganta.

Trzeciego dnia wyruszyłem pieszo w kierunku skrzyżowania przy drodze granicznej. Dziesięciokilometrowa wędrówka urozmaicona była grą świateł o brzasku, ćwierkaniem miliona ptaków i niepokojącymi odgłosami wielkiego kota. Gdzieś na ostatniej prostej od niechcenia zatrzymałem luksusowego pickupa i zapytałem, czy nie jechali może do Palenque. Na początku zaoferowano mi podwózkę tylko do skrzyżowania na pace, jednak po widocznej pięciominutowej naradzie, zaproponowano mi przesiadkę do środka i bezpośrednią podwózkę do miasta.

Towarzysze podróży okazali się sympatycznymi, rodowitymi Lacandones, którzy dorobili się pokaźnej sumki na turystyce. Pomimo niewielkiego ruchu, wysokie ceny i brak konkurencji z zewnątrz czyniły każde przedsięwzięcie w dżungli rentownym. Po drodze często byliśmy zatrzymywani przez kolejne posterunki wojskowych. Kilka razy przeszukano cały samochód, sprawdzono pieczołowicie wszystkie dokumenty i zdziwionym głosem pytano mnie co robiłem na tej trasie w takim samochodzie. Część wojskowych z uznaniem patrzyło na ogromne maczety kierowcy, których używał wytyczania drogi podczas porannych spacerów po dżungli.

Wyrzucono mnie w samym centrum Palenque, skąd przeszedłem kilka kilometrów na wylotówkę w odpowiednim kierunku. Po zimnym froncie sprzed kilku dni nie było już ani śladu i godzinna wędrówka w betonowym upale była całkiem męcząca. Kwadrans czekania na pokaźnym progu zwalniającym przy liceum zaowocował zatrzymaniem się starego pickupa w którym jechało małżeństwo o zdecydowanie już bardziej karaibskich rysach twarzy. Po kilku pytaniach i upewnieniu się, że nie jestem nielegalnym imigrantem w drodze do Stanów, zaproszono mnie radośnie na pakę. W miarę zbliżania się do Zatoki Meksykańskiej powietrze coraz bardziej gorące i wilgotne. Słońce paliło niemiłosiernie, a ja na pace blaszanego pickupa z turbanem na głowie jeszcze nigdy nie czułem się tak bardzo smażonym.

Granica stanowa pomiędzy Chiapas a Tabasco wyglądała groźniej aniżeli niejedno przejście pomiędzy krajami na południowym wschodzie Europy. Wszystkie samochody musiały przejechać przez ogromną konstrukcję militarną, która była swojego rodzaju więzieniem z uzbrojonymi wojskowymi, którzy mierzyli w samochody z budek i wieżyczek strażniczych. Całość otoczona była drutem kolczastym. Pełno było psów do wykrywania narkotyków, kamer i losowych kontroli. Tuan w turbanie nie wzbudził niczyich podejrzeń i po dwudziestu minutach ślimaczego przejazdu przez twierdzę, znowu byłem w Meksyku.

Relacja przygód z grudnia 2017
Spisano w dniach 10-17.05.2018 w Warszawie
.
Tuan
.

Garstkę najważniejszych porad na temat podróżowania po Republice zebrałem w linku poniżej :)
MEKSYK INFORMACJE PRAKTYCZNE 2018

.