Tuan de Paso

Blog Podróżniczy | Relacje z Autostopowych Wypraw

Menu Close

Cienfuegos i Trinidad

Cienfuegos i Trinidad były skrajnie różnymi miastami. Pomimo obdrapanych kamieniczek i zaniedbanych ulic, Cienfuegos było przyjaznym i chyba najbardziej przytulnym miastem na Kubie. Z drugiej strony, malownicza architektura Trinidadu sprawiła, że miasto na przestrzeni lat stało się prawdziwą turystyczną twierdzą.

Lotnisko i pierwsze wrażenia

Plastikowe budki odprawy celnej idealnie komponowały się z minimalistycznym stylem lotniska z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Na szczęście nie sprawdziły się czarne przepowiednie Internetów i procedura przebiegła bez najmniejszych problemów. Nikt nie zwracał szczególnej uwagi na to, czy miałem zarezerwowany hotel, czy byłem w posiadaniu biletu powrotnego, oraz czy dysponuję wymaganą kwotą 100 USD na każdy dzień podróży. Mój bagaż nie został przeszukany, a jedyną formą jego kontroli był szczeniak skaczący pomiędzy walizkami na taśmie w hali odbioru bagażu. Innymi słowy nikogo nic nie interesowało, a ja nie miałem nic przeciwko – ważne, że byłem na Kubie.

Jeszcze w Polsce zdecydowałem się ominąć szerokim łukiem turystyczne plaże Varadero i z miejsca udać się w głąb wyspy. Wydostanie się z lotniska o tej porze nie było łatwe. Kilka godzin poszukiwań i zażartych negocjacji zaowocowało nawiązaniem przyjaznych relacji z połową personelu lotniska, kasjerami w firmach przewozowych oraz pokaźną grupą taksówkarzy. Koniec końców, udało mi się podczepić pod parę starszych Niemców i za niedużą ilość dukatów znalazłem się w taksówce do Cienfuegos.

Uprzywilejowane miejsce obok kierowcy pozwoliło mi na wnikliwą obserwację lokalnego krajobrazu. Wzgórza pokryte były ogromnymi polami trzciny cukrowej. Co kilkanaście kilometrów pobocze ozdabiał billboard prezentujący inspirujące cytaty Fidela, zdjęcia Che lub Lenina, czy pochwałę potęgi kubańskiego przemysłu. Na niemal każdym rozwidleniu stała grupka Kubańczyków łapiących stopa do sąsiednich wiosek. Same miejscowości były zaniedbane i nieuporządkowane. Czasami był to jedynie rząd malutkich drewnianych chatek o powierzchni dziesięciu metrów kwadratowych, a czasami kilka bloków postawionych pośrodku dżungli. Obraz wyspy bardziej przypominał Afrykę moich wyobrażeń, aniżeli Amerykę Łacińską, którą znałem. Byłem podekscytowany. Bardzo.

Cienfuegos

Jedynymi oficjalnymi możliwościami zakwaterowania na Kubie są hotele i Casa Particular, czyli mieszkanie Kubańczyków, którzy uprzednio słono opłacili licencję na przyjmowanie zagranicznych turystów. Campingi praktycznie nie istnieją, hosteli nie ma, a uwielbiany przeze mnie Couchsurfing jest nielegalny. Zainspirowany internetowymi przestrogami wolałem mieć rezerwację na pierwszą noc na wyspie. Ze względów ideologicznych i ekonomicznych wybrałem Casa Particular.

Do mieszkania dotarłem w kilka minut. Członkowie rodziny u której się zatrzymałem powitali mnie sokiem z wyciskanych owoców i ciepłym słowem. Po krótkiej wymianie uprzejmości i zdobyciu garści niezbędnych do przeżycia informacji postanowiłem przejść się chwilkę po mieście. W Cienfuegos dominowała niska zabudowa i faliste drogi. Dodatkowo, wszechobecna cisza i obdrapane budynki tworzyły w pewnym stopniu klimat grozy. Uliczki były opuszczone, po drodze spotkałem może ze trzy osoby. Zacząłem się zastanawiać, gdzie ja wylądowałem?

Dziarsko pokonując cztery przecznice wpół opuszczonego miasta dotarłem do Plaza de Armas. Ławki głównego placu miasta, rynku,  były w większości okupowane przez lokalną młodzież uzbrojoną w smartfony, tablety i laptopy. Wszyscy czerpali wątły sygnał państwowego Wi-Fi – jedynej opcji skorzystania z Internetu na wyspie. Zamówiłem piwo w jednym z barów i przez chwilę obserwowałem leniwe, karaibskie życie w Cienfuegos.

Po kilku minutach braku atrakcji, zdecydowałem się na dalszą eksplorację miasta. Za cel obrałem najciekawiej wyglądającą uliczkę odchodzącą od rynku. Większość mijanych przeze mnie domów było otwartych. Mieszkańcy przeważnie oglądali telewizję w salonie przy drzwiach. Niektórzy wystawili stół wraz z krzesłami na ulicę i spokojnie spędzali wieczór na wolnym powietrzu rozmawiając i grając w karty. Widziałem też grupkę wydziaranej młodzieży pijącą piwo i oglądającą teledyski na projektorze. Po kilkuset metrach leniwego spaceru, trafiłem do głośnego baru pod parasolami przy molo. Pomimo żywej muzyki, radosnej młodzieży i zapachów mięsnego grilla, jetlag i ogólne zmęczenie zmusiły mnie do powrotu do domu.

Nazajutrz zacząłem intensywnie odkrywać kolejne smaczki życia na Kubie. W świetle dziennym ulice wyglądały na jeszcze bardziej zaniedbane. Większość mieszkań nadal było otwartych. Życie nadal było leniwe. Spostrzegłem pierwsze stare, amerykańskie wozy z pocztówek. Widziałem też konie ciągnące samochód, riksze, traktory i rozlatujące się autobusy szkolne sprzed dwóch wieków. Tutaj nic się nie marnowało – Kubańczycy użytkowali dosłownie wszystko z jakimkolwiek potencjałem do przewozu osób. Używali dosłownie wszystkiego z jakimkolwiek potencjałem.

Jedną z ciekawostek i zarazem utrapieniem był fakt, że na Kubie oficjalnie funkcjonują dwie waluty – Moneda Nacional i Peso Cubano Convertible (CUC). Stosunek wymiany wynosił 1:25 i mniej więcej taka była przepaść między zarobkami i siłą nabywczą przeciętnego Kubańczyka i jakiegokolwiek turysty. Głównym celem stworzenia takiego systemu jest bardziej efektywne łupienie zagranicznych przybyszy. Każdy Kubańczyk miał swoją wersję co do faktycznego kursu wymiany, co na dłuższą metę było męczące.

Kolejną zmorą było poszukiwanie jedzenia. Restauracje państwowe i turystyczne były nadzwyczaj drogie i zazwyczaj nic nie było warte nawet połowy swojej ceny. Jedzenie w przybytkach dla Kubańczyków było tanie, ale w większości przypadków parszywe i mało urozmaicone. Pizza składała się z placka, łyżki koncentratu pomidorowego i czymś przypominającym ser. Nie miałem też nigdy pewności, czy kotlet w hamburgerze jest mięsem, czy też czymś innym. Przez dwa tygodnie na wyspie schudłem dziesięć kilogramów.

Mój weekendowy pobyt w Cienfuegos zgrał się w czasie z rocznicą wkroczenia Fidela do miasta. Obchodom towarzyszyła parada na głównej aleji miasta (Paseo del Prado) oraz krótki występ na Plaza de Armas. Po oficjalnej części obchodów spodziewałem się roztańczonej imprezy na ulicach Cienfuegos. Jak się okazało, Kubańczycy wcale nie są roztańczeni i w ogóle nie lubią imprezować. Większość miejskiej młodzieży korzystała z Internetu na rynku, lub przesiadywała na nadmorskich murach, gawędząc między sobą i skromnie popijając alkohol. Mimo niesprzyjających okoliczności, moja tułaczka wzdłuż nabrzeża zaowocowała poznaniem kilku ciekawych osób i godzinami rozmów o niczym. Było przyjemnie.

Cienfuegos nie posiadało plaży, ani zbyt wielu interesujących zabytków. Dzięki temu, było w najmniejszym stopniu skażone turystyką i naciągactwem ze wszystkich odwiedzonych przeze mnie miast na Kubie. Niemniej jednak, pomimo całkiem przytulnego i leniwego klimatu, niecałe dwa dni było dla mnie wystarczającą ilością czasu w Cienfuegos.

Trinidad

Mimo stosunkowo niewielkiej odległości, ilość rumu spożyta poprzedniego dnia wykluczała podróż do Trinidadu autostopem. Jedynym oficjalnie dostępnym dla turystów przewoźnikiem była państwowa firma Viazul. Na wstępie dowiedziałem się, że wszystkie miejsca w jakimkolwiek autobusie do Trinidadu były zarezerwowane na najbliższe trzy dni. Dowiedziałem się też, że na Kubie podróżnik ma obowiązek zrobić fizyczny check-in w kasie Viazul na pół godziny przed odjazdem autokaru – w przeciwnym wypadku rezerwacja przepada. Koniec końców, ktoś zrezygnował z biletu, a mnie udało się załapać na ostatnie miejsce w autokarze.

Zamiast czerwonego dywanu, na dworcu w Trinidad przywitała mnie chmara krzykliwych naciągaczy, którzy byli dosłownie wszędzie. Znalezienie sensownego mieszkania ułatwiła mi zagadana od niechcenia staruszka. Powiedziała mi, że znajomy znajomych czasem wynajmował pokoje obcokrajowcom. Mimo podejrzanie niskiej ceny, mieszkanie było utrzymane w dobrym standardzie, a przyjaźni gospodarze chętnie służyli pomocą. Dom znajdował się poza centrum i nie był oznaczony jako oficjalna Casa Particular. W zasadzie nigdy nie miałem pewności co do legalności mojego pobytu i w zasadzie mnie to nie obchodziło.

W przewodnikach turystycznych i w większej części Internetu, Trinidad figurował jako Kolonialna Perła Kuby i w ogóle całych Antyli. Kolorowe budynki była w zaskakująco dobrym stanie, co sprawiało że niska zabudowa faktycznie tworzyła malowniczy, niepowtarzalny krajobraz. Kostka brukowa i okalające miasto góry nadawały mu dodatkowego uroku. Ten bajkowy pejzaż sprawił, że na przestrzeni ostatnich kilku lat, Trinidad stał się prawdziwą turystyczną twierdzą. Nachalni sprzedawcy byli nieodłącznym elementem krajobrazu. Podczas mojego pobytu w mieście cały czas utwierdzałem się w przekonaniu, że tubylcy patrzyli na mnie jak na worek z pieniędzmi.

Z jednej strony, przechadzając się malowniczymi uliczkami, byłem zachwycony architekturą miasta i jego unikalnym klimatem. Niemniej jednak pełną kontemplację miasta raz po raz przerywał mi lokalny sprzedawca ozdobiony fałszywym uśmiechem. Ponadto, trzy czwarte populacji stanowili obcokrajowcy. W dzień uliczki były niemal wyłącznie okupowane przez turystów robiących setki zdjęć na minutę. W nocy na horyzoncie widać było tylko pijanych Amerykanów i Słowianki potykające się w szpilkach o kostkę. Poza starszymi ludźmi, w mieście nie było już szczerze przyjaznych tubylców. Trinidad stał się czymś w rodzaju wyciskarki turystów, a świat kręcił się wokół pieniądza.

Tak jak w przypadku Cienfuegos, jeden dzień w Trinidadzie w zupełności mi wystarczył. Różnica pomiędzy tymi miastami była diametralna. Z Cienfuegos wyjeżdżałem z nudów i nadziei na ciekawsze doświadczenia w kolejnych miejscach. Z Trinidadu uciekałem i to uciekałem w popłochu. Byłem rozczarowany chciwością, byłem zmęczony turystami, byłem tylko przyjezdnym workiem z pieniędzmi. Kuba przestała mi się zupełnie podobać. Na chwilę, na jakiś czas.

.

Kolejny przystanek:

Sancti Spiritus – autostopowa tułaczka po kubańskiej prowincji

Wszystkie Kubańskie Przygody znajdziesz TUTAJ

Kuba – Informacje Praktyczne 2017

.