(…) Guanajuato było oryginalną wylęgarnią meksykańskiej kreatywności i prawdopodobnie ostatnim prawdziwym i autentycznym bastionem alternatywnej sztuki w zglobalizowanym świecie ujednoliconej, mętnej sztuki i życia na pokaz …

Stołeczny Świt

Pomimo przeraźliwego zimna panującego w zamieszkałym przeze mnie domu na wzgórzach okalających miasto Meksyk i po ciężkiej batalii z kilkoma budzikami, udało mi się wyrwać ze strefy komfortu znajdującej się pod pięcioma ciepłymi kocami i o godzinie 5 nad ranem rozpocząłem autostopową podróż na północ kraju. Rozpoczęcie niniejszej wyprawy opóźnione było o kilka tygodni głównie ze względu na trzęsienie ziemi i kilka nieprzewidzianych okoliczności wymagających zdecydowanej i natychmiastowej reakcji z mojej strony. Jednak tego dnia udało mi się przystąpić wreszcie do długo wyczekiwanej przygody, której celem było kompleksowe poznanie bogatego kulturowo i silnego ekonomicznie makroregionu Bajio, zasmakowanie północnego klimatu kraju w Zacatecas i kąpieli w utęsknionym Pacyfiku.

Wczesna pobudka przed świtem była uzasadniona ambitnym planem przedarcia się przez 20-milionowe miasto z południowego ekstremum, aż na bramki przy autostradzie na północnych przedmieściach miasta, a następnie łapania stopa przez trzy stany, aż do San Miguel de Allende. Widok gęstniejących z każdą minutą zastępów pieszych przemierzających po ciemku tę gigantyczną miejską dżunglę, by zdążyć na czas do pracy nadawał mrocznym ulicom jeszcze bardziej tajemniczego  i ponurego nastroju; pomimo niecałych czterech godzin snu skłonił mnie też do zbyt poważnych jak na tę porę przemyśleń.

Zacząłem rozważać nad celowością tworzenia i tym bardziej zamieszkiwania zdecydowanie przerośniętych aglomeracji w których człowiek zmuszony był do codziennego wstawania na dwie godziny przed świtem, tracenia kilku godzin na dojazdy do pracy gdzie spędzał cały dzień i wracał do domu już po zmroku. Życie w ciemnościach i oparach dającego się pokroić nożem smogu oraz codzienne pielgrzymki ku czci Pesoboga do centralnych dzielnic miasta usprawiedliwione były bogatą ofertą kulturalną na którą nigdy nie było czasu oraz wysokim poziomem życia widocznym tylko w statystykach. Ciężka ręka rynku każdego roku zagarniała do tej monstrualnej, betonowej dżungli kolejne dusze, które częściowo zrzekały się zdrowia, wolnego czasu, swobody i życiowego komfortu. Kwintesencją tej niekrótkiej refleksji było pytanie o to, w którym momencie cywilizacja zboczyła z właściwych torów i czy kiedykolwiek zmieni jeszcze ten pomylony kierunek?

Kiedy byłem już bliski sformułowania odpowiedzi na powyższe pytanie oraz wszelkie bolączki ludzkości, przyszedł czas na przesiadkę do autobusu, a następnie dwie przesiadki do kolejnych linii metra, tradycyjnie naznaczone brutalną walką o miejsce w wagonie i kurczowym trzymaniem wszelkiej własności. Dosyć przyziemne wydarzenia wybiły mnie z rytmu i zaprzepaściły szanse na odszukanie odpowiedzi przez najbliższe kilka tygodni. Czyżby to samo spotykało te wszystkie istoty? Czyżby te same rozpraszacze uwagi i te same wieczne obowiązki powstrzymywały ludzkość przed chwilą refleksji? Tego nie wiem, ale blisko cztery godziny przedzierania się przez miasto skutecznie wyżuły mój mózg, zatapiając na chwilę pokłady twórczej kreatywności. Po ciężkiej walce w transporcie publicznym mogłem już tylko tępo patrzeć na przejeżdżające samochody i wyjątkowo biernie łapać stopa na bramkach przy autostradzie Meksyk – Queretaro.

meksyk-guanajuato-zacatecas-guadalajara-sayulita-podroz-pacyfik

Meksyk Autostopem

Pomimo miliona ostrzeżeń ze wszystkich możliwych stron na temat bezpieczeństwa w kraju, byłem niezmiernie podekscytowany na myśl o pierwszej autostopowej wyprawie po Meksyku. Już na samym początku miało się okazać, że wszystkie bramki przy autostradach oraz zjazdy do miast uzbrojone są w stoiska z tacos, świeżymi owocami i napojami, co niekiedy znacznie ułatwiało planowanie wyprawy i zapobiegały znanym z poprzednich wypraw okresom przydrożnej głodówki. Moje podekscytowanie zostało dodatkowo spotęgowane tym, że już po kilku sekundach zostałem zgarnięty przez przyjazną meksykańską rodzinę w rozpadającym się samochodzie.

Po niekrótkiej przejażdżce zostałem wyrzucony na zjeździe do małego miasteczka i po rekordowo długim łapanie stopa w pełnym słońcu zatrzymała się ciężarówka, której uprzejmy kierowca zaoferował mi podwózkę aż do Queretaro. Nowy kompan podróży szczerze kochał swój kraj i był przekonany o wielkich bogactwach naturalnych Meksyku i o tym, że tylko wrodzona zazdrość i zawiść rodaków oraz niekompetencja polityków sprawiły, że nie mogą one być w pełni wykorzystane dla dobra narodu. Na trasie opowiedział mi kilka swoich historii z drogi, tradycyjnie zapytał jak zniosłem trzęsienia ziemi oraz wytłumaczył, że ludzie stojący z baniakami przy autostradzie sprzedają benzynę dobrowolnie spuszczoną przez tirowców. Dojeżdżając do Queretaro zaprosił mnie jeszcze na zupę z owoców morza w swoim ukochanym mieście, a następnie podrzucił na właściwą wylotówkę.

Gdzieś pod koniec długiego marszu obrzeżami miasta w kierunku dogodnego punktu do dalszego machania kciukiem spostrzegłem pickupa niezdarnie starającego się zawrócić na drodze szybkiego ruchu w satysfakcjonującym mnie kierunku i przeczucie podpowiadało mi, że powinienem prędko nawiązać kontakt z załogą tego pojazdu. Czym prędzej czmychnąłem przez trzy pasy pędzących automobili i zanim jeszcze zaskoczony kierowca zdążył mnie zauważyć, ja uzgadniałem już z dwójką młodych pasażerów cel ich podróży oraz możliwość ewentualnej podwózki. Bez wahania wyrazili chęć pomocy i kilka sekund później byliśmy już w drodze do San Miguel de Allende. Młodzi dżentelmeni byli rdzennymi Indianami sprzedającymi dywany w turystycznych miasteczkach stanu Guanajuato i nie wszyscy mówili płynnie po hiszpańsku. Byli szczerze zainteresowani moimi opowiadaniami o Polsce; zawsze chcieli pojechać do innego kraju, ale nie za bardzo wiedzieli jak. Po sesji zdjęciowej z moim plecakiem i autostopowym kartonem z napisem „Queretaro” podczas naszego pożegnania na poboczu zostawiłem im swój numer i obiecałem duchową pomoc w dotarciu do Europy.

Pierwszy Przystanek w Bajio

Wjazd do prywatnego, zamkniętego osiedla na którym mieszkała Maki przypominał trochę twierdzę wyimaginowanego księcia północnego Meksyku. Kamienna brama, kilku uzbrojonych ochroniarzy oraz mur przyozdobiony monitoringiem i siecią elektryczną gwarantowały, że żaden nieproszony gość nie dostanie się niepostrzeżenie na spokojne, malownicze wzgórza zamkniętego osiedla kolorowych domków. Po szybkim przedarciu się „na białą twarz” przez dwa kręgi strażników dotarłem w odpowiednim czasie i pod odpowiedni dom od razu poznając Maki i Pawła. Na wstępie dowiedziałem się, że będąc rok temu na Światowych Dniach Młodzieży moja host zakochała się w Polsce i że musi prędko wracać do pracy, na tym samym osiedlu.

Po trudach wyprawy chętnie przystałem na propozycję drugiego surfera w mieszkaniu, by skorzystać z osiedlowego basenu. Paweł był Amerykaninem o polskich korzeniach, lub Polakiem mieszkającym w Stanach, który przyjechał do Meksyku z Chicago motorem i właśnie był na początku podróży dookoła świata. Jakoś na wstępie powiedział mi, że w trakcie podróżowania przez świat ma potrzebę bycia Polakiem i okazywania swojej polskości, a jego motor ozdobiony był husarskimi naklejkami i dumnie powiewającą, biało-czerwoną flagą. Po wymianie pierwszych spostrzeżeń odnośnie Meksyku, wzajemnych radach odnośnie dalszej podróży i kilku lżejszych tematach, wyszliśmy z relaksującego basenu i pojechaliśmy do pobliskiego centrum handlowego w poszukiwaniu jedzenia. Najwidoczniej los chciał, by moja pierwsze przejażdżka motorem miała miejsce dopiero na drugim krańcu świata, a pierwsza prawdziwie polska kolacja podczas wyprawy – na parkingu centrum handlowego w San Miguel de Allende, gdy w naturalny harcerski sposób jedliśmy rozerwane rękoma bułki z szynką. Kolację poprawiliśmy kilkoma tacos, po czym wróciliśmy w okolice domu i zagraliśmy kilka partyjek w bilard na osiedlowej świetlicy, co uznałem za adekwatne zwieńczenie dobrego pierwszego dnia dwutygodniowej podróży.

San Miguel de Allende

Kilkadziesiąt lat temu San Miguel de Allende było prawie opuszczoną i zapomnianą przez świat osadą gdzieś na obrzeżach stanu Guanajuato. Los miasteczka niespodziewanie odwrócił się, kiedy amerykańscy artyści oraz wojskowi emeryci na nowo odkryli oryginalne meksykańsko-baskijskie fasady lokalnych budynków i tłumnie zaczęli osiedlać się w kupionych za bezcen budynkach. Zastrzyk gotówki, rewitalizacja przestrzeni miejskiej oraz napływ wszelkiego rodzaju biznesu potrzebnego do zaspokojenia potrzeb przybyszy z północy poskutkował dynamiczną gentryfikacją i amerykanizacją miasteczka. San Miguel de Allende odniosło międzynarodowy sukces i stało się oazą amerykańskich emerytów, turystycznym hegemonem regionu oraz perfekcyjnym przykładem czystego, bezpiecznego i małego miasteczka o barwnej architekturze w którym angielski stał się równie często używany co hiszpański.

Zachęcony opowiadaniami mojej dziewczyny dla której San Miguel de Allende było drugim ulubionym miastem Meksyku, postanowiłem czym prędzej rzucić się do eksploracji jego kolorowych uliczek. Po kofeinowym zastrzyku w małej kawiarence ze wspaniałą obsługą i cichej aprobacie fasady kościoła przy głównym placu, zacząłem aktywnie podziwiać Park Benito Juarez wraz z lekko psychodelicznymi konstrukcjami w jego ścisłej okolicy. Klimat miejsca tworzyły przede wszystkim bogato rozlana ciemnoczerwona farba połączona z ciemnozieloną, grubolistną roślinnością i specyficznie zaprojektowaną przestrzenią, na którą składały się schody, placyki, barierki i obiekty o czort wie jakim przeznaczeniu. Kombinacja wszystkich powyższych sprawiła, że w duchu wyniosłem okolicę na piedestał ulubionego miejsca w San Miguel de Allende, gdzie miała pozostać aż do końca.

Z Parku przeszedłem pieszo na drugi koniec miasta aż do zlokalizowanej w starej fabryce Galerii Sztuki Aurora, która zachwalana była jako alternatywne miejsce sztuki, a w rzeczywistości bardziej przypominała amerykański sklep gdzieś na Manhattanie. W  moim odczuciu była farsowym i nieadekwatnym do otoczenia, hermetycznym miejscem na pokaz z którego postanowiłem czym prędzej uciec i tym samym uciąć wszelkie i nie warte pół świeczki rozważania na temat przybytku. Po kilku kolejnych godzinach tułaczki bez planu, ani też bez jakiegoś głębszego sensu, wylądowałem w Centrum Kultury. Zasypiając na patio w jednym z wygodnych siedzeń jedną półkulą stwierdziłem jeszcze, że spacerowanie uliczkami San Miguel de Allende było przyjemne, acz miasteczko nie miało w sobie absolutnie nic elektryzującego co sprawiłoby, że chciałbym w nim zostać na dłużej.

Po króciutkiej drzemce na wyspie niezmąconego spokoju Centrum Kultury San Miguel de Allende zregenerowałem siły i byłem gotowy na nocny podbój miasta z Pawłem, Maki i jej koleżankami. Najpierw udaliśmy się do skromnie wyglądającego przybytku, który na parterze przy wejściu od ulicy dysponował ochroniarzem i wąskimi schodami prosto na dach. Po kilkudziesięciu sekundach wspinaczki naszym oczom ukazał się zupełnie nowy świat o którego istnieniu nie miałem wcześniej pojęcia i który nie sposób dostrzec przechadzając się uliczkami San Miguel de Allende tam na dole. Okazało się, że dachy większości budynków w ścisłym centrum zostały przekształcone w oświetlone tarasy pełne publicznych i prywatnych barów. Stało się jasne, że większość życia nocnego toczy się właśnie na górze, powyżej poziomu przechodniów. Pomimo lekko naznaczonej ekskluzywności, siedzenie na świeżym powietrzu przy optymalnej temperaturze i dobrym widokiem na miasto było przyjemnym i ciekawym doświadczeniem.

Po kilku chwilach spędzonych na tarasie, przenieśliśmy się na główny plac San Miguel de Allende, gdzie zupełnie przypadkiem trafiliśmy na otwarty koncert Mariachi. Meksykańscy muzycy grając, śpiewając i przechadzając się pomiędzy publicznością stworzyli wspaniały klimat jedności i radości wspólnego rozkoszowania się muzyką; atmosfera była naprawdę wspaniałą i w tamtym momencie powiedziałem sobie, że będę częściej uczęszczał na występy Mariachi, czego oczywiście nigdy nie spełniłem. Koncert zamykał pokaz sztucznych ogni po którym zjedliśmy najlepsze tacos w życiu i na dobitkę wypiliśmy jeszcze kilka napojów w Europejsko wyglądającym barze z nowoczesną muzyką na żywo. Po powrocie Paweł pokazał mi jeszcze jak wygląda profesjonalna produkcja fotografii w Photoshopie i tym samym uświadomił mnie, że żadne z tych pięknych, wspaniałych zdjęć widzianych codziennie na Instagramie nigdy nie było idealnym, czystym ujęciem i że koniec końców każda piękna fotografia była w mniejszym lub większym stopniu oddana obróbce. Tym lekko smutnym akcentem zakończył się mój ostatni dzień w San Miguel de Allende.

Wstęp do Guanajuato

Niecałe sto kilometrów odległości z San Miguel de Allende do stolicy Guanajuato oraz nocna przechadzka po barach specjalnie nie motywowały do pobudki o świcie i wczesnego machania kciukiem na wylotówce. Z tego też względu początek dnia przypominał zwykłą, leniwą sobotę po której nie powinno się spodziewać nic spektakularnego i dopiero po spokojnym śniadaniu i pysznej kawie tam gdzie zawsze, Paweł uprzejmie zdecydował się mnie podwieźć na dogodny punkt autostopowy, co symbolicznie zaznaczyło początek drogi do stolicy Guanajuato.

Mniej niż pięć minut czekania tuż za przejazdem kolejowym wystarczyło, by zgarnął mnie nauczyciel lokalnego liceum, który jechał na spotkanie po którym spodziewał się dostać awans na dyrektora. Opowiedział mi raz jeszcze historię przemiany San Miguel de Allende oraz naświetlił atmosferę pełną strzelanin sprzed dwóch lat oraz lokalne wojny narcos, które relatywnie szybko się skończyły dzięki porozumieniu pomiędzy policją federalną, a najsilniejszymi grupami handlarzy w regionie. Jak każdy mieszkaniec Bajio, był szczerze zakochany w Guanajuato i z pasją opowiadał jak cały stan i cały kraj zarazem odżywają, a wraz z nimi wiara w Meksyk i kultura autostopowa przy okazji. Gdzieś po godzinie głębszej konwersacji i podziwiania wspaniałej Sierra de Guanajuato dotarliśmy do wciśniętej pomiędzy wzgórza stolicy.

Na samym początku mojej pięknej przyjaźni z miastem Guanajuato zagadały mnie trzy dziewczyny z Aguascalientes, które były w mieście na jednodniowej wycieczce ze swoją uczelnią i zapytały czy nie chcę się dołączyć na chwilę do grupy, by potem pochodzić razem z nimi po mieście w trakcie czasu wolnego. Z chęcią przyznałem na tak otwartą jak na Meksyk propozycję i prędko zaczęliśmy się dobrze dogadywać. Ostatnim punktem zorganizowanej wycieczki były majestatyczne schody Uniwersytetu Guanajuato, którego cztery podesty miały symbolizować cztery stopnie edukacji, a zwieńczenie rektoratem na szczycie – koniec drogi. Biały i wysoki budynek zdecydowanie wyróżniał się na tle pozostałych niskich, kolorowych domków i był widoczny ze wszystkich szczytów okalających Guanajuato i prawdopodobnie nawet z kosmosu. Pozując do grupowego zdjęcia całej grupy nie wiedziałem jeszcze, że szczyt schodów stanie się dla mnie idealnym miejscem do obserwacji przemijającego życia, a sama budowla ulubioną konstrukcją w Meksyku.

Gdzieś podczas spaceru po mieście padła teza, że Guanajuato zostało wzniesione w miejscu, w którym w normalnych warunkach nikt o zdrowych zmysłach nigdy nie postawił by żadnego miasta. Niemniej jednak dwie trzecie światowego wydobycia srebra w szczycie świetności znajdującej się nieopodal kopalni Valenciana sprawiły, że Guanajuato postawione zostało i na dodatek całkiem szybko się rozrosło. Na potrzeby komunikacji wydrążono szereg pełzających pod miastem tuneli i zmieniono bieg rzeki, by jej korytem wytyczyć jedną z ważniejszych dróg, a na jego zboczach postawić zwisające ze skały domy mieszkalne. Podczas gdy nowe przyjaciółki oprowadzały mnie po turystycznych miejscach Guanajuato, ja zakochiwałem się w mieście coraz bardziej i już od pierwszych chwil wiedziałem, że stanie się ono jednym z ulubionych w Nowym Świecie.

Życie Artysty

Po całym dniu szwendanaczki z nowymi koleżankami, gdzieś pod wieczór, po godzinach wyczekiwania, dołączył do nas wreszcie mój host. Bernardo był muzykiem z powołania, którego stylu życia, ubioru, zachowań i przekonań nie można było pomylić i które idealnie wpisywały się w obraz artysty wykąpanego w bohemie jaki miałem wtedy w głowie. Wraz z parą Polaków których w tym okresie hostował oraz dziewczynami z Aguascalientes rozpoczęliśmy radosną wspinaczkę do domu na sam szczyt wzgórza, która urozmaicona była śpiewami przy akompaniamencie gitary naszego muzyka.

Po zrzuceniu plecaka i spalonej w mieszkaniu fajce, razem z Bernardo wyszliśmy odprowadzić nasze koleżanki na autokar powrotny. Gdzieś po drodze zawarliśmy jeszcze pakt zobowiązujący mnie do wizyty w Aguascalientes w zamian za odwiedzenie przez nie Polski w przyszłości. Na chwilę przed pożegnaniem się, po raz pierwszy zobaczyłem ciekawie przebranych lokalnych grajków, którzy aktywnie zapraszali na Callejoneadas: płatne, piesze wycieczki zaułkami Guanajuato urozmaicone opowiadaniami i anegdotami o mieście przy akompaniamencie całego zespołu grajków oraz lejącym się strumieniami mezcalu. Jak na szanującego się prawdziwie alternatywnego artystę, Bernardo był za zniesieniem absolutnie sztucznej, jego zdaniem, rozrywki, która niewiele wnosiła do kulturalnego krajobrazu miasta. Gaworząc o typowych turystycznych pułapkach na całym świecie, wspinaliśmy się już na kolejne wzgórze w celu złożenia wizyty jego przyjacielowi.

Mała uliczka prowadząca do mieszkania Frana była w rzeczywistości przejściem pełnym schodów i porozwieszanych niechlujnie kabli. Wąska przestrzeń przypominała bardziej niezadaszony korytarz i prowadziła od głównej ulicy miasta, aż na szczyt jednego ze wzgórz Guanajuato. Klimat uliczki był naprawdę niesamowity; widać było chaotyczną architekturę gorączki srebra typowej dla wzgórz Ameryki Łacińskiej, która w pewnym stopniu przypominała boliwijskie Potosi. Oceniając książkę po okładce, nie mogłem już się doczekać zobaczenia wnętrza jednego z tych postawionych na szybko budynków.

Główną przeszkodą okazał się zamek do drzwi wejściowych na patio, do którego klucze dziwnym trafem miał przy sobie Berni, a jego przyjaciel siedział uwięziony w mieszkaniu i na nas czekał. Ze względu na nagromadzone przez cały dzień promile oraz niejedną spaloną tego dnia konopię, dopiero po pół godziny męczenia się z zamkiem Berni zdał sobie sprawę, że przez cały ten czas próbowaliśmy dostać się na patio przy użyciu klucza do jego własnego mieszkania. Pośród salw śmiechu odetchnęliśmy na chwilę z ulgą. Niemniej jednak, kolejne pół godziny ciężkiej walki z zamkiem, tym razem przy użyciu właściwego klucza, skutecznie ostudziły nasz zapał: bezsilnie staliśmy w tym samym miejscu, a drzwi cały czas bezlitośnie z nas drwiły. Po niemal godzinnej walce i następującym biernym oczekiwaniu na zbawienie, w końcu otworzył nam jeden z sąsiadów, a my dostaliśmy się do środka.

Patio na które się dostaliśmy przypominało system skomplikowanych tuneli prowadzących do poszczególnych mieszkań przez kolejne zastępy schodów i zamurowanych korytarzy, a mieszkanie Frana niczym nie ustępowało ekstrawagancją stylizowanym przestrzeniom artystów pokazywanych w filmach. Po spaleniu fajki i opróżnieniu butelki ambrozji z agawy wyruszyliśmy do któregoś z wielu barów, gdzie Berni musiał wyjaśnić z właścicielem zaginięcie jednego z mikrofonów po jego koncercie. Sprawa, którą można było rozwiązać w dwie minuty przeciągnęła się na dwugodzinne powtarzanie w kółko tego samego co poskutkowało spadkiem energii i koniecznością degustacji kolejnego Mezcala na placu przed barem, w którym mieli grać znajomi Berniego.

Koncert alternatywnej grupy muzycznej w nowobogackim lokalu był jakkolwiek ciekawy, głównie ze względu na tańczące salsę pary i zaangażowanie wciśniętych gdzieś pod ścianę artystów. Niemniej jednak, było to dla mnie ostatnie wydarzenie tego wieczoru, po którym zmęczenie przezwyciężyło chęć dalszej szwendaczki; potrzebowałem odpoczynku. Wspinając się z powrotem do domu miałem wrażenie, że Berni zna dosłownie wszystkich lokalsów, a samo miasto jest kolebką meksykańskich artystów. Guanajuato było przesiąknięte bohemą. Miasto posiadało silną i wyrazistą tożsamość; było absolutnie niepodrabialne i unikalne przez co bez trudu skradło moje serce i stało się ulubionym miastem w Amerykach. Tego dnia po raz pierwszy od dawna miałem dajavu i świadomość, że to wszystko się już kiedyś wydarzyło i że te wszystkie osoby z którymi spędziłem ten dzień, znałem już od dawna i czułem z nimi jakąś więź. Tuż przed snem przypomniałem sobie, że przecież wszyscy nieznajomi są przyjaciółmi, których jeszcze nie zdążyliśmy wcześniej poznać.

Tożsamość Guanajuato

Wkrótce zaznajomiłem się solidniej z pozostałymi domownikami z naszego wzgórza, czyli z Radkiem i Asią. Po skończeniu Prawa na Uniwersytecie Warszawskim wyjechali na rok do Stanów w celach zarobkowo-turystycznych. Po kilku miesiącach pół-legalnego kolekcjonowania dolarów mogli sobie pozwolić na kupno auta i roadtrip po znacznej części kraju, a przy okazji zaoszczędzić na dłuższą podróż po świecie. Ich plany, podobnie jak moje, nie wybiegały mocno do przodu: byli na początku swojej podróży po Ameryce Łacińskiej, a Guanajuato tak im się spodobało, że spędzili w tym kolorowym mieście prawie miesiąc.

Podczas kolejnych dni przeważnie po śniadaniu szliśmy, lub niekiedy szedłem sam, odwiedzić Berniego w jego Biurze, czyli kawałku wąskiej uliczki z dobrą akustyką gdzie przywykł grać, gdy brakowało mu pieniędzy. Nasz host tworzył bardzo dobrą atmosferę oraz utrzymywał kontakt z publiką, dzięki czemu nie przymierał głodem, a niekiedy przechodnie zatrzymywali się posłuchać jego muzyki na dłuższą chwilę. Czasami grał również w zespole ze znajomymi: raz widziałem koncert trio z innym gitarzystą i dżentelmenem grającym na głowie konia, która wydawała zaskakująco ciekawe dźwięki.

Wieczne włóczęgi systemem podziemnych tuneli oraz kolorowymi uliczkami na wzgórzach nigdy się nie nudziły. Podczas jednej z nich spostrzegłem też, że silna pozycja ekonomiczna oraz kulturalna aura stolicy sprawiły, że większość przybytków urządzona była w oryginalnym stylu oraz, że miejsca te miały duszę i dumnie wybijały się ponad przeciętność i pospolity mainstream. W Guanajuato nie uderzał tak bardzo widoczny w innych częściach Meksyku nadmiar taniej siły roboczej, gdzie na jeden stolik przypadało przeważnie trzech kelnerów, którzy cały czas starali się zabrać coś ze stołu, by przełożony nie myślał, że leniuchują w pracy. Miasto było zdecydowanie czystsze aniżeli większość odwiedzonych przeze mnie meksykańskich miast i nawet ludzie wydawali się być ładniejsi niż w stolicy.

Pomimo skromnych jak na stolicę stanu rozmiarów, Guanajuato było rozwiniętym i prężnym centrum kulturowym wpływającym na cały kraj. Poza Uniwersytetem przyjmującym rocznie setki studentów na wymianę z całego świata oraz monstrualną ofertą artystyczną, miasto było też głównym punktem na imprezowej mapie stanu i okolic, do którego na weekend zjeżdżała młodzież z bliższej lub dalszej okolicy. San Miguel de Allende wraz ze swoją odpicowaną, luksusową sztuką, która nierzadko powiewała nudą zmanierowanej Europy, zrobione było głównie pod expatów z północy, podczas gdy Guanajuato było oryginalną wylęgarnią meksykańskiej kreatywności i lokalnym centrum świata pod każdym względem. Ponadto miasto otoczone było niemal dziewiczymi górami, które poza walorami estetycznymi gwarantowały, że dzwony kościołów w katolickich godzinach szczytu stwarzały ciekawą atmosferę przypominającą nawoływanie do modlitwy z dziesiątek meczetów w Chefchaouen.

Pożegnanie z miastem

Ostatniej nocy mojego pobytu w mieście zdecydowaliśmy się spontanicznie wybrwać do alternatywnego klubu salsy, który był wisienką na torcie i zwieńczeniem klimatu Guanajuato. Zamiast sterylnego klubu z małymi stoliczkami do obserwacji błyszczącego parkietu i par tańczących jak na konkursie, całą przestrzeń klubu wypełniał tłum ludzi starających się tańczyć salsę gdzieś w całym tym chaosie, a dżentelmeni zapraszali panie do tańca jak na szkolnej dyskotece. Ściany były wymalowane w kwaśne postacie przez lokalnych artystów, w powietrzu unosiła się gęsta mgła papierosowego dymu, a podłoga lekko lepiła się od polewanego strumieniami mezcala. Pomiędzy zamglonymi postaciami przechadzali się dżentelmeni z akumulatorami, którzy za drobną opłatą razili prądem “na otrzeźwienie” grupy trzymających się za ręce przyjaciół utrzymujących obwód zamknięty.

Tuż przed wyjściem z klubu Berni zwierzył mi się, że przeraża go trochę imprezowe życie muzyków oraz ilość wszelakich substancji przez nich spożywaną w celu przetrwania ciężkich czasów napiętego grafiku koncertowego. Jednocześnie sam był przesiąknięty imprezą na wskroś; był w tym naprawdę dobry, a świat wiecznej zabawy doszczętnie go fascynował i wciągał. Gdzieś po drodze zgarnęliśmy znajomego grającego innego dnia na głowie konia i wspólnie zahaczyliśmy Uberem do sklepu po flaszkę ekskluzywnego mezcala z Oaxaca, który dojrzewał w opróżnionej uprzednio skórze krowy przez kilka tygodni i pachniał mięsem. Po powrocie do domu Berni pokazał mi jeszcze susz rośliny nazywanej potocznie Chilcuague, która była świętym ziołem leczniczym Azteków i jednocześnie najbardziej kwaśną rzeczą jaką kiedykolwiek wsadziłem do ust. 

Niedługo potem, ze względu na brak alkoholu we krwi, zmęczenie wzięło górę i sam położyłem się spać podczas gdy w salonie na dole jeszcze przez jakiś czas dosyć wyraźnie słychać było cumbię i radosne odgłosy meksykańskiej imprezy. Już wtedy wiedziałem, że do Guanajuato wrócę niebawem na końcówkę Cervantino, które było największą imprezą kulturalną w Ameryce Łacińskiej, a tuż przed snem zdałem sobie sprawę, że od początku tej podróży towarzyszyło mi przekonanie, że wszytko się ułoży dobrze i dzięki całkowitemu zdaniu się na los. Prawdopodobnie dzięki medytacji udało mi się całkowicie zdać na typowo meksykańską, bierną akceptację tego, co przyniesie kolejny dzień i kolejna poznana osoba i okazało się, że wszystkie podjęte regułą kciuka decyzje były prawidłowe, a nastrój i przygody nienaganne. Zamiast oczekiwania i narzekania na zimę w Warszawie, byłem w drodze na północ, nad Pacyfik; byłem na najlepszej drodze do zmiany otaczającej rzeczywistości i schematyczności życia. Ogólna świadomość świata i otoczenia uległa zmianie.

.

Niniejsza relacja jest pierwszą częścią wyprawy nad Pacyfik 27.09-13.10.2017 i spisana została w dniach 17-21.10.2017 w Mieście Meksyk

.

Garstkę najważniejszych porad na temat podróżowania po Republice zebrałem w linku poniżej :)
MEKSYK INFORMACJE PRAKTYCZNE 2018

.