Miasto Oaxaca. Pierwszy przystanek na południu Meksyku. Po niebezpiecznej, autostopowej przeprawie znalazłem się w stolicy najbardziej zróżnicowanego etnicznie i kulturowo stanu Meksyku. Zbudowane z zielonej skały miasto nad wyraz tętniło życiem, a jego najbliższe okolice skrywały niesamowite miejsca, o których opowiadano jeszcze bardziej niesamowite historie. Najbardziej zapadły mi w pamięć spetryfikowane wodospady Hierve el Agua, które wydawały się leżeć na najdalszym możliwym krańcu świata oraz historia nigdy niepodbitego plemienia los Mixes.

Miasto Oaxaca

Licząca około pół miliona mieszkańców Oaxaca była stolicą stanu o tej samej nazwie. Przez kolejnych kilka dni miałem się zatrzymać u Criz, która mieszkała w spokojnie zapowiadającej się okolicy gdzieś na obrzeżach centrum. Rezydując w jednym z bardziej alternatywnych ośrodków meksykańskiej sztuki, Criz miała okazją poznać wielu podróżników z całego świata, głównie z Ameryki Południowej. Liczne spotkania sprawiły, że mówiła obecnie czystym argentyńskim akcentem i zainspirowana opowiadaniami rozpoczynała naukę wyrabiania rękodzieł, których sprzedaż miała sfinansować planowaną autostopową podróż do Patagonii.

W przeciwieństwie do większości Meksykanów, Criz była podróżniczką mojego pokroju. Pomimo stosunkowo młodego wieku, podczas samotnych, autostopowych wypraw zdążyła już zwiedzić większą część Republiki. Przez długi czas nie była świadoma istnienia Couchsurfingu; podróżowała staromodnym sposobem zagadywania ludzi na głównych placach, czy na imprezach i nocowania u nowo poznanych osób. Z biegiem czasu jej sieć kontaktów w całym Meksyku była tak rozległa, że w niemal każdym mieście znajdywała nocleg u znajomych znajomych. Couchsurfingu używała jedynie do przyjmowania wędrowców u siebie, gdy nudziło jej się w Oaxaca, gdzieś pomiędzy kolejnymi podróżami.

Większość przygód poznałem już w autobusie, gdy po szybkim zrzuceniu plecaka wyszliśmy na spacer zapoznawczy z miastem. Pomimo bycia stolicą drugiego najbiedniejszego stanu Republiki, Oaxaca prezentowała się nadzwyczaj okazale jak na meksykańskie warunki. Głównym budulcem użytym do konstrukcji większości ważniejszych budynków była wydobywana w okolicznych wzgórzach szlachetna, zielona skała, la Cantera Verde. Masywne budynki centrum budziły zachwyt i szacunek, a tętniącego życiem, zadbanego deptaku nie powstydziłoby się żadne miasto prosperującego centrum kraju. Bogactwo różnorodności kulturowej podsycane wiecznie żywymi, lokalnymi tradycjami było widać na każdym kroku, a sfinansowana dochodami z turystyki restauracja historycznego centrum zdecydowanie dodawała miastu szyku.

Już pod koniec pierwszego dnia w stolicy poznałem ciemniejszą stronę południa Republiki. Kilkanaście lat wcześniej przemysł turystyczny zaczął sprzedawać Oaxaca jako jeszcze nieodkryty kierunek z ogromnym potencjałem. Całkiem realny wtedy wizerunek wielokulturowej i alternatywnej prowincji z pięknymi plażami sprawił, że stan zaczął być masowo odwiedzany przez zagranicznych turystów. Nierównomierny zastrzyk kapitału do poszczególnych grup obywateli oraz niechlubna konieczność oczyszczenia centrum spowodowały liczne konflikty, a rozwarstwienie społeczne z roku na rok było coraz bardziej widoczne. Oaxaca stała się miniaturką całej Republiki, gdzie blask wspaniałej stolicy był dostrzegalny z drugiego końca świata, a dogorywająca prowincja trochę przymierała głodem.

Pierwsze oznaki nierówności było zaledwie kilka kroków od ścisłego centrum, praktycznie w każdym kierunku. Fasady budynków były zdecydowanie skromniejsze, a ubóstwo było mocno naznaczone w aparycji mieszkających tam ludzi. Poza chronicznie niebezpieczną okolicą centralnego targu, w tygodniu mojego przyjazdu zaczęło być głośno o nadzwyczaj licznych, zbrojnych napadach przy głównej alei prowadzącej do osiedla Criz. Dlatego też, już pierwszego dnia rozpoczęliśmy zwyczaj wracania do domu truchtem, lub taksówką z ostatniego bezpiecznego punktu na obrzeżach centrum.

Kuchnia i Sztuka

W świetle dziennym reprezentacyjne budynki stolicy wyglądały jeszcze dumniej aniżeli poprzedniego dnia. La Cantera Verde jeszcze wyraźniej się mieniła, centralny deptak tętnił życiem, a słońce świeciło przyjemniej niż kiedykolwiek. Spacery urozmaicone były walorami kulinarnymi stanu Oaxaca, który oferował sporo rzeczy niedostępnych w pozostałych częściach Republiki. Wspaniałą przygodę z lokalną kuchnią rozpocząłem drugim śniadaniem w parku na obrzeżach centrum.

Podczas konsumpcji pierwszego z siedmiokolorowych mole w parku na obrzeżach centrum dosiadali się tylko do mnie zaciekawieni przybyszem lokalsi i polecali mi kolejne dania od spróbowania. Na przestrzeni odkrywania kolejnych smaków, lista nieustannie się powiększała nie dając mi przy tym nigdy możliwości skosztowania wszystkiego, co stan miał do zaoferowania. Po kilku pomniejszych przekąskach na ulicy, gdzieś w połowie dnia zdecydowałem się na czterodaniowy obiad na patio w pół opuszczonym, zapuszczonym budynku ukrytym w bocznych uliczkach, dwie przecznice od głównego deptaka. Przypadkiem okazało się, że było to również ulubione miejsce Criz; jeszcze tego samego dnia rozpoczęliśmy wspaniałą tradycję ostatniej kolacji w tym klimatycznym miejscu.

Po spotkaniu się z Criz w drugiej połowie dnia poszliśmy do rekomendowanego mi wcześniej muzeum sztuki współczesnej. Poza wystawą prezentującą relacje kobiet, które świadomie zrzekły się macierzyństwa na rzecz innych wartości, największe wrażenie zrobiła na mnie ekspozycja skoncentrowana na oddaniu konfliktowej atmosfery najbardziej wysuniętej na wschód jednostki administracyjnej stanu Oaxaca: Istmo. Region wydawał się być ciekawym. Warunki atmosferyczne tam panujące pozwoliły na skonstruowanie największej elektrowni wiatrowej w Ameryce Łacińskiej; prowincja posiadała obfite złoża ropy naftowej, rafinerię, liczne zakłady przemysłowe oraz jeden z większych portów w tej części Republiki.

Pomimo pozornie uprzywilejowanej pozycji, mocne zróżnicowanie etniczne lokalnej ludności, korupcja rządu federalnego oraz rabunkowa polityka stolicy stanowej sprawiły, że region stał się jednym z niebezpieczniejszych i bardziej konfliktowych w całym Meksyku: ambasady krajów zachodnich zaklasyfikowały Istmo jako zdecydowane no-go, a w radiu codziennie było słychać o protestach, blokadach dróg i kolejnych znalezionych ciałach. Jak w przypadku historii całej Ameryki Łacińskiej, bogactwa naturalne stały się paradoksalnie największym przekleństwem zniewolonych rdzennych mieszkańców. Wychodząc z muzeum utwierdziłem się w przekonaniu, że autostopowa przeprawa przez Istmo po drodze do Chiapas była jednym prawidłowym sposobem jakiegokolwiek poznania jego mieszkańców i zagłębienia się w tamtejszą sytuację

Oaxaca kręciła się wokół kuchni i sztuki. Po niekrótkiej wizycie w muzeum poszliśmy na lokalny targ, gdzie oprócz podziwiania uznanych w całej Republice rękodzieł miałem okazję spróbować tejate. Esencja smakowa tego prekolumbijskiego napoju Bogów opierała się na surowych nasionach kakaowca, trzcinie cukrowej, mieszance kilku rodzajów orzechów i odrobinie magii. Oryginalny, rześki smak sprawił, że napój z miejsca stał się moim faworytem. Niemniej jednak, pomimo zapewnień o uniwersalności i szerokiej dostępności tejate na terenie całego stanu, była to moja pierwsza i zarazem ostatnia sposobność degustacji.

Wąska uliczka prowadząca ze ścisłego centrum do prosperujących, północnych dzielnic miasta była w całości wyłożona la Cantera Verde. Surowość zielonej skały w połączeniu ze znakomicie dobranym, skąpym oświetleniem tworzyły po zmroku całkiem magiczną i jakkolwiek symboliczną atmosferę. Korzystając z dobrych warunków atmosferycznych, usiedliśmy na tarasie jednego z ciekawszych barów stolicy Oaxaca i podziwiając widok na koncertowe wzgórze Guelaguetza sączyliśmy bezalkoholowe napoje w ten spokojny piątkowy wieczór.

Criz stroniła od alkoholu ze względu na okres przygotowania do ceremonii pejotl mającej odbyć się gdzieś na prowincji w przyszłym tygodniu. Psychodeliki stanowiły wyraźnie naznaczoną część tożsamości kulturowej Oaxaca; zdecydowanie wzbogaciły kreatywność i różnorodność lokalnej sztuki. Można je było dostać wszędzie, bez najmniejszego trudu. Najwyższa jakość lokalnych darów natury przyczyniła się też do ogłoszenia stanu Oaxaca hipisowskim rajem Meksyku oraz napływu zachodnich turystów, którzy w kolejnych transach coraz bardziej poszukiwali siebie i sensu życia. Psychoaktywne substancje jeszcze nigdy nigdzie nie były tak nieprzyzwoicie tanie i tak powszechnie tolerowane przez ludzi każdego pokroju.

Niemal w ostatnim momencie przed podjęciem decyzji o powrocie do domu zdecydowaliśmy się na performance w jednym z bardziej alternatywnych barów-teatrów w Oaxaca. Występ odbył się w przestronnie pustej, całkowicie pomalowanej na czarno sali. Publiczność ustawiona została w samym centrum, a trzy niezależne wątki fabularne rozgrywały się naprzemiennie w trzech różnych kątach sali, zmuszając przy tym widzów do ciągłego dostosowywania pozycji. Spektakl był  prawdopodobnie jednym z ciekawszych tego roku, gdyż poza pretensjonalnie płytkimi okrzykami nowocześnie postępowych aktywistów, nieskrępowany niczym trans oddał na scenie mocz do małej plastikowej toalety, a chwilę później ciężarna kobieta wycisnęła do kieliszka mleko ze swojej prawej piersi, po czym jednym naturalnym haustem dokonała konsumpcji.

Okolice Oaxaca

Trzeciego dnia z samego rana pojechaliśmy autobusem kilkanaście kilometrów za miasto, by zobaczyć największe drzewo na świecie. Liczący blisko dwa tysiące lat el Árbol del Tule zdrowo się trzymał, a jego przetrwanie nie było wspomagane ludzką ręką. W bardzo nieodległej przeszłości klasy wszystkich szkół z okolic stolicy Oaxaca przyjeżdżały tutaj na zakończenie roku w celu zrobienia sobie pamiątkowego zdjęcia podczas zespołowego obejmowania całego drzewa. Z biegiem czasu, coraz większy napływ turystów sprawił, że Árbol del Tule został ogrodzony, a możliwość obejrzenia go z bliska biletowana. O jakimkolwiek dotykaniu nie było już mowy.

Przez dłuższą chwilę kontemplowaliśmy w ciszy majestat olbrzyma, który widział jak rosną w siłę i upadają kolejne imperia prekolumbijskich Indian. Widział też hiszpańskie ludobójstwo czasów kolonialnych, walkę o niepodległość, Rewolucję Meksykańską i cały ten bajzel ostatnich lat agresywnego kapitalizmu pod skrzydłami większego brata. Árbol del Tule towarzyszył ludności Oaxaca od zawsze, był żywym świadkiem wszystkich wydarzeń tej ziemi.

Po nasyceniu się widokiem majestatycznego drzewa i obfitym śniadaniu w pobliskiej restauracji wróciliśmy stopem do stolicy by następnie wsiąść do autobusu w okolicach centrum i podjechać do rodzinnego miasta Criz po drugiej stronie miasta. Ze średnio atrakcyjnego Ocotlán podjechaliśmy bezpośrednio na festiwal mezcala do niewielkiej osady Santa Catarinas Minas, gdzie kilkanaście lat temu znajdowała się kopalnia zielonej skały należąca do dziadka Criz. Festiwal odbywał się na szkolnym boisku pod wielkim plastikowym dachem. Poza darmową degustacją mezcala, lokalni rolnicy i bimbrownicy prezentowali proces produkcji szlachetnego trunku do mocno podpitej publiki.

Widząc ogólne niezainteresowanie zawiłościami branży zdecydowanie wcześniej zakończono część wykładów, by płynnie przejść do kluczowego punktu programu. Zaproszono publiczność do rozsunięcia się na wszystkie strony dzięki czemu scena została znacząco poszerzona. Trwający dwie godziny występ folklorystycznych zespołów tanecznych z różnych części Oaxaca miał w sobie coś wyjątkowego. Ogrom różnorodności stylizacji ubioru, czy sposobu tańczenia sprawił, że coraz bardziej zachwycałem się dywersyfikacją kulturową i mocną tożsamością poszczególnych regionów stanu. Spektakl skończył się tak samo niespodziewanie jak rozpoczął i na kilka minut po jego zakończeniu widzowie do spółki z artystami ponownie rzucili się do nieskrępowanej i nielimitowanej konsumpcji mezcala. Wychodząc trochę żałowaliśmy, że nie zobaczymy finału tej wspaniałej, swojskiej biesiady.

Bezpośrednio z terenu festiwalu złapaliśmy stopem ciężarówkę prowadzoną przez arcysympatycznego młodzieńca, który jechał na wybrzeże i zaproponował nam podwózkę aż do samego Puerto Escondido. Ponieważ oboje mieliśmy perspektywę wyjazdu na plażę w najbliższych tygodniach, po pięciu minutach dyskusji zdecydowaliśmy się zrezygnować ze spontanicznej kąpieli w oceanie i wypiciu wody z kokosa tego dnia. Chwilę później wyskoczyliśmy z ciężarówki na rozwidleniu dróg i niemal od razu wskoczyliśmy na pakę pickupa, który podwiózł nas dwa kilometry dalej, na najbliższą stację benzynową. Po krótkich dwóch minutach czekania zatrzymało się dobrze prezentujące auto z dwoma pasażerami.

Będący kierowcą, elokwentny dżentelmen po 40-stce pochodził z miasta Meksyk. Do Oaxaca został po raz pierwszy wysłany kilkanaście lat wcześniej przez ekskluzywną, stołeczną restaurację w celu znalezienia rzetelnego dostawcy mezcala. W ówczesnych czasach trunek był zdecydowanie niszowym produktem i tak naprawdę niewiele osób zdawało sobie sprawę z jego istnienia. Gustavo prędko zaczął działać na własną rękę i z czasem został praktycznie jedynym pośrednikiem pomiędzy większością stołecznych restauracji, a lokalnymi producentami mezcala. Kolejnym krokiem było postawienie wszystkiego na jedną kartę i wzięcie sporego kredytu. Przy pomocy rozbudowanej już sieci kontaktów zdołał kupić małą i nikomu nie znaną destylarnię na prowincji. W kilka lat od zera zbudował jedną z silniejszych marek na krajowym rynku: Los Danzantes.

Gustavo jako dziecko chodził z rodzicami do legendarnej polskiej restauracji w stolicy Meksyku. Po wizycie Karola Wojtyły Mazurka była kultowym miejscem wśród katolickich elit kraju. Poza kuchnią, podobała mu się też polska muzyka, z Kapelą ze Wsi Warszawa na czele. Będąc wcześniej tego roku na targach alkoholowych w Berlinie jeszcze bardziej zainteresował się Polską jako perspektywicznym i potencjalnie chłonnym rynkiem na nieznanego jeszcze nad Wisłą mezcala. Po blisko godzinnej, przyjemnej konwersacji i rekomendacji Kieślowskiego i Żuławskiego z mojej strony, Gustavo podrzucił nas dosłownie na główny deptak. Po obfitym posiłku, udaliśmy się jeszcze do alternatywnej kawiarni na koncert smutnego francuskiego muzyka, po czym zmęczeni już dniem pełnym wrażeń, leniwie potruchtaliśmy do domu.

Hierve el Agua

Czwartego dnia kontynuowałem eksplorację najbliższych okolic stolicy Oaxaca. Ze względu na kulejącą sieć połączeń autobusowych, taksówki kolektywne były najpopularniejszą formą przemieszczania się po prowincji. Auta miały wywieszoną kartkę z celem podróży na przedniej szybie, a kierowcy zawsze pobierali tę samą opłatę. Normalnych rozmiarów, stare, dogorywające Nissany Tsuru były w stanie pomieścić łącznie siedmiu pasażerów: pięciu z tyłu i dwójkę na przednim siedzeniu pasażera. Po niecałej godzinie jazdy znalazłem się w Mitla, skąd do Hierve el Agua było już rzut beretem.

Z centrum od razu zacząłem iść pieszo w kierunku wylotówki. Dopiero gdzieś w szczerym polu, całkiem daleko za miastem, zobaczyłem pierwszy przejeżdżający samochód, który był wypełniony ludźmi do granic możliwości. Nawet nie miałem żalu do kierowcy, że się nie zatrzymał. Kilometr później przejeżdżał drugi i jadąca w to samo miejsce co ja trzyosobowa rodzina pozwoliła mi wskoczyć na pakę swojego pickupa.

Zmylony niewielką odległością na mapie, spodziewałem się raczej krótkiej, 15-stominutowej przejażdżki. Ponad godzinna przeprawa szutrową drogą, która pięła się niemal pionowo w górę gdzieś pomiędzy przepaściami obfitowała we wspaniałe widoki bezludnych wzgórz Oaxaca oraz miała w sobie coś z tajemniczej i ostatecznej wyprawy na kraniec świata. Palące słońce zmusiło mnie do skręcenia ręcznika w turban, a całkiem realna obawa w załamanie się możliwości starego samochodu i bycia pierwszą, pewną ofiarą spadnięcia w przepaść sprawiły, że przez całą drogę kurczowo trzymałem się karoserii. Zawieszony pomiędzy obawą przed dachowaniem i podziwianiem naprawdę spektakularnych widoków nie mogłem się doczekać każdego kolejnego zakrętu i tego co zobaczę tuż za nim. Cieszyłem się z mojego autostopowego szczęścia i cieszyłem się że trafiłem na rodzinkę, która również nie wiedziała, że drogi którą jechaliśmy nikt nie używał od lat ze względu na osuwiska i nikt nie brał odpowiedzialności za ewentualne ofiary.

Cel wyprawy był równie piękny co sama droga. Spetryfikowane wodospady Hierve el Agua idealnie komponowały się z widokiem na rozległą dolinę, która symbolicznie dzieliła wiecznie zielone wzgórza południa z żółto wyschniętym, półpustynnym płaskowyżem centrum Oaxaca. Dalej za tą doliną zdecydowanie bardziej czuć było już wilgotność Pacyfiku, a z każdym kilometrem roślinność była coraz bujniejsza. Widok niekończących się wzgórz porośniętych tysiącem kaktusów wraz z naturalnymi zbiornikami wodnymi położonymi nad urwiskiem mocno przypominał Grotas de Tolantongo w stanie Hidalgo, gdzie niecały rok wcześniej zakochiwałem się w Natt. Kontemplacja krajobrazu ze skalnego basenu na szczycie jednego z wodospadów mogła trwać wtedy przez wieki.

Po kilku dobrych godzinach, nasycony perfekcyjnym widokiem i czujący delikatną presję dotarcia do stolicy jeszcze przed zachodem słońca, niechętnie ruszyłem w kierunku parkingu. Pośród zaledwie kilkunastu stojących na parkingu aut, od razu spostrzegłem sympatycznie wyglądającą, trzyosobową rodzinę, która właśnie zbierała się do powrotu i już niecałą minutę później wesoło zapoznawaliśmy się w drodze do miasta Oaxaca. Tym razem jechaliśmy zupełnie normalną, świeżo odnowioną dla turystów drogą.

Los Mixes

Autostopowe szczęście mnie nie opuszczało i będący głową rodziny Jose okazał się absolutnie ciekawym rozmówcą, pochodzącym z zupełnie innego środowiska niż wszyscy dotychczasowi kierowcy. Jose uważał się za jednego z nielicznych, dobrych polityków Meksyku, który szczerze troszczył się o losy mieszkańców i walczył o ich prawa. Naturalnie schodząc na temat konfliktowości wielokulturowej Oaxaca, Jose przytoczył kilka historii obrazujących trudności jego profesji w tak skomplikowanym stanie.

Jedną z tych, która najbardziej zapadła mi w pamięć była opowieść dwóch zwaśnionych gmin przez które akurat przejeżdżaliśmy. Kwestią sporną było to, kto powinien pobierać opłatę za wstęp do położonego na granicy administracyjnej Hierve el Agua. Konflikty słowne prędko przemieniły się w pełną brutalności wojnę, a jeszcze całkiem niedawno podpalano sobie nawzajem domy i wystawiano nielegalne blokady drogi, których przejechanie wymagało uiszczenia odpowiedniej opłaty.

Gdzieś w połowie zjeżdżania z gór ujrzeliśmy stojącego przy drodze staruszka, który łapał stopa w naszym kierunku. Łamiąc trend wielu Meksykanów, którzy nigdy nie zabierali swoich rodaków, Jose zdecydował się zatrzymać. Po szybkiej reorganizacji zmieściliśmy się w trójkę na tylnym siedzeniu, a niemały ekwipunek staruszka wieźliśmy na kolanach, każdy po trochu. Nieznajomy był swojego rodzaju obwoźnym handlowcem palet na modłę poprzedniego wieku i właśnie wracał z terytorium plemienia Mixe.

Los Mixes byli nigdy niepodbitym plemieniem, które kilka tysięcy lat wcześniej przybyło na tereny obecnego stanu Oaxaca. Pomimo drobnych podobieństw do Olmeków oraz południowoamerykańskich Inków, nauka nigdy nie była w stanie z całą pewnością wyjaśnić dokładnego pochodzenia tej grupy etnicznej. Legenda głosiła, że bardzo dawno temu Mixes przybyli do Meksyku z bardzo odległej krainy wraz ze swoim bogiem-gigantem. Po stoczeniu wygranej bitwy z lokalnymi plemionami Condoy zasiał ziarno, z którego w mgnieniu oka wyrosło drzewo tak duże, że bez trudu dawało upragniony cień wszystkim zmęczonym wojownikom. Tak narodził się masywny Árbol del Tule, a los Mixes zdobyli prawo do zasiedlenia tej ziemi.

Jeszcze przez kilka pokoleń bóg Condoy pozostał ze swoim ludem i przygotowywał ich do samodzielnej egzystencji. Przez lata zdążył ich nauczyć rolnictwa, budownictwa i zaawansowanych technik militarnych. Gdy uznał, że los Mixes byli już gotowi, udał się do głębokiej jaskini gdzieś w górach Oaxaca i zapadł w długi sen obiecując przy tym czuwać i zbudzić się z pomocą w razie poważnego niebezpieczeństwa. Gwarantujący lojalność Condoy’a rytuał ofiarowania kilku noworodków rocznie w jednej ze świętych jaskiń prawdopodobnie był praktykowany do dzisiaj.

Mixes byli jednym z niewielu prekolumbijskich plemion, które nie zostało nigdy podbite przez Zapoteków, Azteków, czy Koronę Hiszpańską. Przez setki lat skutecznie bronili się w bezpośredniej walce przed lokalnymi imperiami i dopiero europejska ekspansja kolonialna zmusiła całą stutysięczną grupę etniczną do ucieczki w mniej dostępne partie Sierra de Oaxaca, gdzie zdołali zachować pełną autonomię i kultywować tradycje sprzed wieków.

Pomimo zaawansowanych technologii czasów współczesnych, meksykańskiemu rządowi również nie udało się w pełni wcielić Mixes w struktury Republiki. Wyznawali oni religię na pograniczu katolicyzmu i animizmu, a na ich ziemiach Meksykańskie prawo nie było respektowane. Najgorliwszych przedstawicieli służb mundurowych starających się egzekwować rzeczy niemożliwe regularnie palono. Większość aut pochodziła z kradzieży w innych częściach Republiki i jeździła bez tablic rejestracyjnych. Jedyną możliwością odwiedzenia serca Sierra Mixe było specjalne zaproszenie, które wręczane było tylko nielicznym.

W trakcie podróżowania po terytorium plemienia Mixe należało bezwzględnie przestrzegać ścisłej etykiety, a urażenie mocno zazdrosnej i konserwatywnej ludności mogło przeważnie kończyło się tragicznie. Przekonał się o tym jeden z lokalnych polityków, który podczas swojej kampanii wyborczej w terenie nieświadomie coś przeskrobał i został uwięziony w podziemiach przez kilka dni. Na jego szczęście, w ostatniej chwili przed publiczną egzekucją został uratowany przez oddział uderzeniowy meksykańskiej armii.

Świadomość tego, że jeszcze gdzieś na świecie ostały się społeczności, którym udało się zachować silną tożsamość, niezachwianą jedność oraz sporą dozę niezależności od zorganizowanych jednostek państwowych i globalizacji wprawiła mnie w radośnie optymistyczny nastrój. Najwyraźniej cały świat nie dążył i nie musiał dążyć do tego samego, do tych samych ujednoliconych wartości, tego samego rozpędzonego konsumpcjonizmu i ślepej gonitwy za wszystkim co zachodnie. Podczas tej jednodniowej, małej wyprawy na nieodległy kraniec świata, Meksyk po raz kolejny zdołał mnie pozytywnie zaskoczyć i wzbudzić nutkę emocji nieporównywalną z żadnym doświadczeniem regularnego, warszawskiego życia.

Monte Albán

Pomimo piekielnych upałów, piątego dnia na południu wyruszyłem samotnie na ośmiokilometrową, pieszą wędrówkę z mieszkania do głównego stanowiska archeologicznego Oaxaca, które położone było na wspaniale wypalonych przez słońce, okalających miasto wzgórzach. Po wielu tygodniach spędzonych w kolejnych stolicach meksykańskich stanów oraz kilku krótkich eskapadach po najbliższych okolicach centrum Oaxaca czułem coraz większą potrzebę obcowania z naturą i coraz większą niechęć do parnych i chaotycznych betonowych dżungli. Tego dnia turystyczny autobus na Monte Albán zwyczajnie nie wchodził w grę.

W pewnym momencie mojej wspinaczki poczułem intensywne ukłucie na wysokości dolnego, prawego płuca. Zaskoczony spostrzegłem na koszuli masywnego, owłosionego owada o budzącym grozę, trójkątnym, prawie cielesnym odwłoku, który ukąsił mnie bez powodu i dopiero po kilku solidnych uderzeniach udało mi się go zrzucić. Ten jednak, wraz z kilkoma osobnikami swojego gatunku rozpoczął za mną pościg zemsty i nie pozostało mi nic innego jak rozpocząć pełen rozpaczy bieg w górę stoku, wymachując przy tym sweterkiem wokół głowy jak opętany.

Tuż przed wyzionięciem ducha zdałem sobie sprawę, że właśnie tej nocy miałem koszmar w którym poczułem dotkliwy ból w tym samym miejscu, który był na tyle intensywny by mnie obudzić i nie pozwolić wrócić do snu. Przez chwilę zacząłem się zastanawiać, czy był to również początek kolejnej, tropikalnej choroby, która uziemiłaby mnie w Europie na kolejnych kilka miesięcy. Czy to był znak, że nie powinienem tak bezczelnie wchodzić na święte ziemie Zapoteków? A może powinienem jednak był wrócić na Stary Kontynent i wieść zwyczajne, europejskie życie? Tego nie wiedziałem, ale słońce oraz braki kondycyjne zmusiły mnie do podjęcia decyzji o pokonaniu reszty trasy stopem i już po kilku sekundach wsiadałem już do pierwszego przejeżdżającego auta.

Monte Albán było jednym z najstarszych miast w Amerykach i prawdopodobnie najbardziej malowniczym kompleksem piramid w Meksyku. Pomimo, że Piramidy Słońca i Księżyca były znacznie masywniejsze, to Monte Albán wygrywało położeniem na wysokim płaskowyżu o niewielkiej średnicy, z którego rozpościerał się perfekcyjny widok na skąpo zamieszkałe doliny i okalające je pasma górskie Sierra Madre de Oaxaca. Atmosfera była na swój sposób magiczna, a ja zamykając oczy bez trudu wyobrażałem sobie życie na szczycie płaskowyżu przed kilkoma wiekami.

Po kilku godzinach spędzonych na Monte Albán wróciłem do centrum Oaxaca z tymi samymi ludźmi, co uprzednio zdecydowali się mnie zabrać pod górę. Pochodzili ze stanu Sinaloa i jakiś czas temu przeprowadzili się do Istmo by pracować przy wydobyciu ropy. Jak na ludzi północy przystało byli absolutnie pewni, że najniebezpieczniejsze regiony Republiki leżą na południe od miasta Meksyk, ale w wyścielonym trupami Istmo akurat było okej. Po około godzinnej przejażdżce do zakorkowanej i absolutnie chaotycznej stolicy Oaxaca, pożegnaliśmy się gdzieś przy głównym targu. Ponieważ Criz wyjechała poprzedniego dnia do swojego miasta rodzinnego, kolację na mieście zjadłem sam i zaraz po zrobieniu zakupów rozpocząłem przygotowania do wyprawy na dziką prowincję.
.
Przygody miały miejsce w listopadzie 2017
Spisano w kwietniu 2018 w Atenach
.
Tuan
.

Garstkę najważniejszych porad na temat podróżowania po Republice zebrałem w linku poniżej :)
MEKSYK INFORMACJE PRAKTYCZNE 2018

.