Tabasco i Veracruz. Dwa podobne do siebie stany położone nad zatoką Meksykańską. Łącznie jakieś tysiąc kilometrów wybrzeża w karaibskim stylu. Podczas gdy Tabasco było spokojne i trochę zapomniane przez świat, to tętniące życiem kulturalnym Veracruz przeżywało swoją drugą młodość i okazało się być najbardziej niedocenianym stanem Republiki.

Villahermosa

Wyrzucono mnie w centralnej części Villahermosa, tuż obok głównego, miejskiego targu. Całe kiści bananów oraz ogromnych rozmiarów warzywa w większości rozłożone były na płachtach bezpośrednio przy drodze, na nieużywanych skrawkach chodnika. Poza tym, krajobraz zdominowany był przez sklepy z elektroniką, roznegliżowane damy i hotele w których pokoje wynajmowane były na godziny. Powiedziano mi, że wieczorem okolica zmieniała się w piekło, a pogoń za rozrywką nierzadko kończyła się tragicznie. Na pierwszy rzut oka miasto wyglądało jak opuszczony przez świat skrawek karaibskiego wybrzeża.

Półmilionowa Villahermosa miała też inne oblicze. Położone pośrodku dżungli miasto wciąż było naturalnym siedliskiem licznych papug, iguan, mew, węży i krokodyli. Pomimo wysokiego przyrostu naturalnego i dynamicznego procesu urbanizacji, natura raz po raz wkradała się w granice Villahermosa. W 2017 powódź zalała niemal całe miasto, a kilka miesięcy później ludzie znajdowali w ledwo stojących mieszkaniach krokodyle, które przypłynęły wraz z prądem powodziowym. Budując stolicę Tabasco nikt nie liczył się z siłami natury, a kilkadziesiąt lat później miasto na powrót przypominało dżunglę.

Oswojenie się z niespokojną, betonową dżunglą przyszło dosyć naturalnie, a ja półgodzinnym spacerze spotkałem się z moją host. Deyanira kochała podróżować i była szczerze zainteresowana Europą Wschodnią. Ze względu na codzienne obowiązki, od razu udaliśmy się go kampusu uniwersyteckiego na obrzeżach miasta, gdzie oprócz sal dydaktycznych, studenci mieli do dyspozycji ogromne krokodularium i tropikalny ogród botaniczny.

Po obejrzeniu odpoczywających przy rektoracie krokodyli spotkaliśmy koleżankę Deyaniry, która zaoferowała nam podwózkę do domu. Tematem przewodnim krótkiej przejażdżki była wykładniczo rosnąca przestępczość w całym stanie Tabasco na przestrzeni ostatnich miesięcy. Uprzywilejowane położenie na głównym szlaku narkotykowym oraz zbliżające się wybory prezydenckie sprawiły, że zbrojne napady w środkach komunikacji miejskiej były codziennością. Raz po raz żartowano, że zostawiony na pace plecak na pewno znalazł już nowego właściciela.

Mieszkanie Deyaniry położone było gdzieś na obrzeżach szeroko pojętego centrum. Styl architektoniczny budynków nie pasował do wzorców z pozostałych części Republiki. Kolonialne posiadłości naznaczone były wilgotnością i powolnym upadkiem. Większość z nich pokryta była w mniejszym lub większym stopniu charakterystycznym dla Karaibów zielonym nalotem.

Samym mieszkańcom również było kulturowo bliżej do Kubańczyków, aniżeli rodaków z centralnego płaskowyżu bogatej części Meksyku. Przechodząc spokojniejszymi dzielnicami raz po raz widziałem całe, zablokowane samochodami ulice, których mieszkańcy organizowali imprezę na świeżym powietrzu. Po kolacji przy wielkim biesiadnym stole, przeważnie tańczono do rana przy akompaniamencie głośnej muzyki.

Niewielkich rozmiarów historyczne centrum Villahermosa zamykało się w mniej więcej siedmiu przecznicach. Miasto było jednym z niewielu w całym Meksyku, gdzie wyznaczono specjalne deptaki dla pieszych. Po kilkukrotnym przejściu wszystkich uliczek, obejrzeniu punktu widokowego na moście i kilku innych miejsc, Villahermosa dość prędko stała się nudna, a ja utwierdziłem się w przekonaniu, że dwa dni w mieście były czasem absolutnie wystarczającym.

La Venta

Drugiego dnia poznałem centralnie położony park La Venta, który pełnił rolę głównej atrakcji turystycznej Villahermosa. W zasadzie był to pozostawiony samemu sobie kawałek dżungli, który w niewielkim stopniu starano się okiełznać. Dzięki sporej ilości wylanego betonu stworzono całkiem ciekawy, surrealistyczny klimat. Widok surowych konstrukcji pośrodku dzikiej wegetacji najwilgotniejszego z meksykańskich stanów przywodził na myśl zagubione sowieckie blokowiska postawione gdzieś w kubańskich tropikach.

W parku mieszkało sporo wolno żyjących papug, mrówkojadów i krokodyli, z których te ostatnie pływały spokojnie w zalewie i niekiedy wychodziły na brzeg. Widok ogromnego gada leżącego w poprzek betonowego mostku, tuż nad taflą wody był nad wyraz zaskakujący i zmusił nas do wybrania okrężnej drogi. Fauna i flora stanowiły integralną część życia w Villahermosa, a widok wynurzającego się gada był dla lokalnych mieszkańców tak normalny jak stada grasujących po mieście kotów w krajach arabskich.

Obok publicznej części miejskiej dżungli znajdowała się zamknięta część parku, gdzie dodatkowo rozmieszono znaleziska archeologiczne najstarszej cywilizacji w Amerykach. Artefakty znaleziono przypadkiem podczas lokowania kolejnych odwiertów ropy naftowej, której w Tabasco było pod dostatkiem. Wielkie głowy Olmeków oraz antyczne rzeźby porozrzucane były na świeżym powietrzu w otoczeniu bujnej roślinności. Dzięki subtelnemu wytyczeniu ścieżek oraz znikomych oznakach ludzkiej ingerencji, miałem wrażenie przemierzania przez dżunglę i odkrywania śladów przepadłej cywilizacji na nowo.

Wyjście z parku prowadziło przez mauzoleum poświęcone krokodylowi Papillon. Potwór mierzył około 4,5 metra i przeżył blisko sto lat. Blisko połowę życia spędził w lokalnym Zoo, z którego w międzyczasie zdołał kilka razy uciec podczas zalewających miasto powodzi. Krokodyl stał się prawdziwym bohaterem i dumą całego miasta. Pisano o nim legendy, a w mauzoleum znajdowała się figura woskowa odzwierciedlająca realne rozmiary bestii.

Po wizycie w La Venta, poszliśmy na wspaniale przyrządzone owoce morza, a następnie jeszcze chwilkę poszwendaliśmy się po centrum Villahermosa. Pod wieczór klimat był sielankowo przyjemny. Niemniej jednak rosnąca przestępczość przyczyniła się do szybkiego zamierania miasta wczesną nocą. Oferta kulturowo-imprezowa praktycznie nie istniała, a my wróciliśmy pobiesiadować jeszcze przez chwilę w mieszkaniu. Nadszedł czas dalszego powrotu na północ Republiki.

Boca del Rio

Pięciuset kilometrowa odległość do Veracruz skłoniła mnie do rozpoczęcia autostopowej wyprawy jeszcze na długo przed świtem. Znikomy niedzielny ruch oraz konieczność dotarcia do Meksyku na Święta sprawiły, że po sześciu godzinach bezowocnego machania kciukiem w 40-sto stopniowym upale zdecydowałem się wrócić do miasta i pokonać trasę autobusem. Po siedmiu godzinach przejażdżki płaskim, monotonnym wybrzeżem dotarłem pod wieczór do Veracruz. Z dworca odebrała mnie Karla, która pomimo skomplikowanej sytuacji postanowiła dać mi azyl w swoim mieszkaniu przez dwie kolejne noce.

Pomimo późnej pory przeszliśmy jeszcze na krótki spacer nabrzeżem. Największy port Republiki usytuowany był w samym centrum miasta, a gęsta zabudowa mieszkalno-hotelowa ściśle otaczała portową zatokę. Centrum historyczne było zgrabne i zadbane, a kolonialne budynki w znacznej większości pomalowano na biało. Karaibska architektura, rzędy palm rosnących wzdłuż promenady oraz pomnik José Martí nieodzownie przywodziły na myśl Hawanę. Po kilkudziesięciu minutach spaceru uliczkami naznaczonymi dawnym bogactwem oraz pięknie prezentującymi się ludźmi wybrzeża doszedłem do wniosku, że Veracruz było najbardziej niedocenianym miastem w całym Meksyku.

Karla mieszkała w przylegającym do Veracruz Boca del Rio, które było dynamicznie rozwijającym się miastem pełniącym rolę nowoczesnej alternatywy dla bogatych mieszkańców wybrzeża. Modne lokale z bogatymi willami położone były wzdłuż kilkukilometrowej, nadmorskiej promenady. Wszędzie widać było place zabaw, ścieżki rowerowe i lokalnych mieszkańców uprawiających sport. Dominowała czysta schludność. Była to prawdopodobnie najmniej meksykańska część Republiki.

Port w Veracruz

Ze względu na codzienne obowiązki Karli i wszystkich członków rodziny, następnego dnia wyruszyłem na jednodniową tułaczkę po mieście. Wysiadając przy największym oceanarium Ameryki Łacińskiej rzuciłem okiem na pobliskie plaże i udałem się wzdłuż portu rybackiego do historycznego centrum.

Veracruz było najstarszym miastem założonym przez Europejczyków w kontynentalnej Ameryce. Było bramą do najbogatszej hiszpańskiej kolonii, której zrabowane bogactwa przez wieki napędzały gospodarkę Starego Kontynentu. Złoto pozwoliło wkroczyć zachodnioeuropejskim potęgom na drogę niczym niepohamowanego progresu, która prędko doprowadziła do Paneuropejskiej dominacji.

Brak niezależności ekonomicznej Meksyku i praktyczne uzależnienie gospodarki od wymiany handlowej z tylko jednym partnerem oznaczały przeniesienie znacznej części logistyki na transport kołowy. Na przestrzeni ubiegłego wieku całkowicie upadła kolej, a żegluga została zredukowana do absolutnego minimum. Poza ropą naftową, eksportowe zasoby naturalne Republiki zaczęły się powoli wyczerpywać, a zapotrzebowanie na usługi portu systematycznie spadało.

Sytuacja upadającego portu zaczęła się odmieniać w ostatnich kilku latach. Wygrane wybory Donalda oraz zbliżające się nowe rozdanie polityczne w samym Meksyku tylko przyspieszyły proces. Po dwóch wiekach udawanej niepodległości meksykańskie elity zaczęły sobie zdawać sprawę z potencjalnych korzyści niezależności od wielkiego brata. Rozpoczęto kilka wielkich inwestycji infrastrukturalnych, a port w Veracruz miał być głównym beneficjentem nowej strategii Meksyku.

Poza masywną rozbudową samego portu, w Veracruz na każdym kroku widać było przygotowania do obchodów 500 lecia założenia miasta przez Corteza. Uginające się pod ciężarem czasu, stylowe wille były intensywnie odświeżane, tworzono nowe deptaki, a wąskie uliczki historycznego centrum były dopieszczane w każdy możliwy sposób. Symbolicznie Veracruz miało na powrót stać się istotnym centrum kulturowo-ekonomicznym kraju.

Gran Café de La Parroquia

Gdzieś w okolicach południa spotkałem się z kolegą Karli, który postanowił towarzyszyć mi w eksploracji miasta. Luis był z wykształcenia architektem i na co dzień mieszkał kilkanaście kilometrów za miastem. Medellin było małą osadą, która bardziej przypominała dżunglę, aniżeli przedmieścia milionowego miasta. Luis był sympatycznym młodzieńcem, od którego płynęła niezachwianie pozytywna energia ludzi karaibskiego wybrzeża i tak się polubiliśmy, że podczas mojej kolejnej wizyty w Veracruz postanowiłem zatrzymać się u niego.

Spotkaliśmy się w najstarszej kawiarni Republiki. Gran Café de La Parroquia szczyciło się ponad dwustuletnią historią i było kultowym miejscem spotkań krajowych elit. Mówiono, że odwiedzić Veracruz i nie spróbować najlepszej amerykańskiej kawy w tym miejscu, to tak jakby nigdy nie być w Veracruz. Po przegranej Rewolucji Meksykańskiej, nawet Porfirio Diaz nie mógł odmówić sobie ostatniego śniadania w Ojczyźnie przy dobrej kawie z Veracruz tuż przed wejściem na statek płynący do Europy.

Pod wieloma względami klimat dawnych lat pozostał zachowany. Minimalistyczny wystrój wnętrza, elegancki ubiór kelnerów oraz subtelna muzyka na żywo dodawały restauracji szyku. Przedstawiciele mocno starszej publiki grali ze sobą w karty, czytali gazety i niekiedy prowadzili zażarte dyskusje. Zachowywali się dokładnie tak, jak dżentelmeni aspirującego kraju sprzed kilkudziesięciu lat. Pomiędzy stolikami przechadzali się wyedukowani pucybuci kulturalnie oferujący swoje usługi. Nie było wifi i nikt nie gapił się w swojego smartfona.

Zamówiliśmy kultowe lechero, które uznawane było za kwintesencję Gran Café de La Parroquia. Z początku dostaliśmy podwójne espresso w półlitrowych szklankach. Kelner zaczął energicznie uderzać łyżeczkę w jedną z nich, po czym spokojnie odszedł. Chwilę później podszedł inny pracownik, którego zadaniem było uzupełnienie szklanki mlekiem z pokaźnych, metalowych dzbanów w marokańskim stylu. Tradycja wzięła się z dawnych czasów. Gdy przejeżdżający obok kawiarni tramwaj dzwonił, kelnerzy wybiegali z tacami pełnymi lechero, które serwowali pasażerom przez okno, bez konieczności kompletnego zatrzymywania tramwaju.

Miasto Veracruz

Veracruz było chyba jedyną meksykańską aglomeracją, która wydała mi przyjazna do życia przez dłuższy czas. W tym miejskim labiryncie wąskich uliczek poukrywane były place, które wieczorem przemieniały się w centra ulicznych potańcówek przy akompaniamencie muzyki na żywo. Wyglądało to jak sztucznie wykreowany i nieistniejący klimat muzykalnej Kuby, z tym, że w Veracruz był on prawdziwie realny, a ludzie tańczyli dla siebie. Dobra sytuacja ekonomiczna nie zmuszała mieszkańców Veracruz do udawania niczego i mogli się oni w piękny sposób cieszyć się życiem na tropikalnym wybrzeżu.

Po dogłębnym poznaniu historycznego centrum Luis zabrał mnie do niecieszącej się dobrą sławą, najstarszej dzielnicy Veracruz, która mocno przypominała La Boca w Buenos Aires. Malutkie, kolorowe domki początkowo budowano z desek rozebranych statków przez imigrantów z całego świata. Niektóre z nich przetrwały do dzisiaj. Pomimo niewielkiej odległości od wielkomiejskiego centrum, miałem wrażenie bycia gdzieś na prowincji, kilkadziesiąt lat temu. Na uliczkach dzieci grały boso w piłkę, a tubylcy życzliwie obserwowali spacerujących przybyszy z wystawionych przed dom krzesełek.

Tego dnia odwiedziliśmy również miejski targ, który słynął przede wszystkim ze świeżych owoców morza, w które zaopatrywano później cały Meksyk. Za równowartość około pięciu złotych kupiliśmy po półlitrowym koktajlu z krewetek zanurzonych w sosie pomidorowym, z cebulką, kolendrą i kilkoma sporymi kawałkami awokado. Było to jedno z pyszniejszych i bardziej orzeźwiających, meksykańskich dań, którego na próżno później szukałem na terenie całej Republiki. Samo spróbowanie świeżego koktajlu mogłoby być wystarczającym powodem do odwiedzenia Veracruz.

Woda w zatoce była czysta i nie śmierdziała typowym, europejskim portem. Raz po raz widać było pomniki postawione przez wdzięcznych imigrantów z czterech stron świata, którzy w różnych epokach przybywali do Meksyku szukać lepszego życia. Widać było majestatyczny budynek poczty, który niegdyś obsługiwał całą międzynarodową korespondencję narodu, a w centralnym punkcie zatoki podziwiać można było dawny port San Juan de Ulúa, który w czasach Porfiriatu pełnił rolę więzienia dla przeciwników politycznych dyktatora. W porcie stało też coś na kształt uzbrojonego, czarnego zamku, w którym bezpiecznie składowano pierwsze importowane do kraju auta sto lat wcześniej.

Wzdłuż wybrzeża kilometrami ciągnął się sznur kontenerowców oczekujących na swoją kolej wpłynięcia do portu. Z betonowego falochronu można było dostrzec wyspę poświęceń na której piraci dokonywali zemsty na zdrajcach i do której, przy odpowiedniej formie, można było dopłynąć kajakiem i podziwiać znajdującą się nieopodal rafę koralową. Najbardziej spektakularnym widokiem był jednak majestat oddalonego o 150 kilometrów, wiecznie ośnieżonego szczyt wulkanu Pico de Orizaba. Veracruz zdawało się mieć wszystko; miasto było swoistą miniaturą całego Meksyku i oknem na świat Republiki.

Carnaval de Veracruz

Nienasycenie miastem i chęć zobaczenia Luisa podczas najradośniejszego karnawału na świecie sprawiły, że dwa miesiące później zdecydowałem ponownie odwiedzić Veracruz.

Luis mieszkał kilkanaście kilometrów za miastem, gdzieś na granicy tropikalnego lasu. Bujna wegetacja oraz znikoma ingerencja człowieka w środowisko naturalne sprawiały, że tamtejszy klimat był zdecydowanie chłodniejszy i przyjemniejszy. Dżungla ładniej pachniała niż miasto. Przez wioskę raz dziennie słychać było odgłosy pociągu towarowego, który leniwie przedzierał się przez wioskę, gdzieś pomiędzy domkami. W okolicy było dużo rzek, nad którymi rozwieszono rozpadające się już mosty i wokół których widać było ślady licznych powodzi. Wszystko to otoczone było sadami majestatycznych drzew, które każdego czerwca dawały najsmaczniejsze mango na świecie.

Karnawał w Veracruz niczym nie przypominał obrazków znanych z medialnej relacji brazylijskiej imprezy. Nie starano się z niego zrobić światowego wydarzenia pełnego blasku, a typowo meksykańska organizacja była dość luźna. Celem była po prostu dobra zabawa, a nie dobre pokazanie się. W momentach zmęczenia, tancerze spokojnie przechadzali się promenadą bez zbędnego stresu związanego z koniecznością perfekcyjnego występu. Zwalniali tempo, rozmawiali i niekiedy nawet popijali alkohol pomiędzy kolejnymi zrywami. Można było maszerować razem z nimi, robić wspólne selfie a po wszystkim spotkać bawiących się gdzieś w zatłoczonym centrum Veracruz. Po wieczornej paradzie, ludzie ze wszystkich warstw społecznych tańczyli radośnie na ulicach centrum aż do białego świtu.

Gdzieś pod koniec mojego drugiego pobytu w Veracruz wybraliśmy się do regionu Tuxtlas, który słynął przede wszystkim z licznych tukanów, wodospadów i dziewiczych plaży Zatoki Meksykańskiej. Ciągnące się leniwie masywne plantacje trzciny cukrowej płynnie przechodzące w wiecznie zielone lasy tropikalne utwierdziły mnie w przekonaniu, że stan Veracruz miał już dosłownie wszystko i był jednym z bardziej zróżnicowanych w całym Meksyku. Tylko brak Indian i wyraźnie naznaczona Europą kultura sprawiły, że Zatokę Meksykańską niemal zawsze pomijano przy kreśleniu mapy Ameryki Łacińskiej, co było niewątpliwą zaletą dla nielicznych podróżników, którzy zdecydowali się jednak odwiedzić stan Veracruz.

Xalapa

Stukilometrową trasę do stolicy stanu Veracruz postanowiłem pokonać stopem. Chciałem odbudować stracone w Villahermosa morale na tym ostatnim odcinku przed definitywnym powrotem do miasta Meksyk. Wiedziałem, że inaczej będzie się zaczynało kolejną podróż po sukcesie na ostatniej prostej. Po szybkim dotarciu na bramkę poboru opłat i trzyminutowym czekaniu zostałem zgarnięty przez pracownika meksykańskiej firmy telefonicznej Telmex.

Pedro nigdy wcześniej nie zabrał autostopowicza i nie miał wcześniej wielu okazji do poznania kogoś z zagranicy. Niemniej jednak, niespełniona chęć przygody i wzbudzająca zaufanie aparycja europejskiego podróżnika skłoniły go do podjęcia ryzyka. Podczas półtoragodzinnej przejażdżki opowiadałem głównie o Polsce i zainspirowałem Pedro do założenia konta na Couchsurfingu.

Kolejne dwie noce miałem spędzić u Nancy, która w ostatniej chwili zdecydowała się zaakceptować moją prośbę na Couchsurfingu. Spotkaliśmy się Parku Berros, który mieścił się gdzieś pomiędzy Kampusem Uniwersyteckim, a historycznym centrum miasta. Po około dziesięciu minutach rozmowy na ławce, szybko przełamaliśmy wszelkie możliwe lody i byliśmy w stanie rozmawiać na każdy temat.

Nancy oryginalnie pochodziła ze stolicy Meksyku i od kilku lat mieszkała w różnych miastach stanu Veracruz. Po kilku sezonach pracy jako instruktor nurkowania na tropikalnym wybrzeżu postanowiła przenieść się na pół roku do Xalapa. Za zarobione na turystach pieniądze prowadziła spokojne życie, a pobyt w stolicy Veracruz traktowała jak półroczne wakacje. Uczęszczała jedynie na kurs angielskiego i powoli organizowała własny projekt biznesowy, którego kluczowym aspektem była podróż całym wybrzeżem Ameryki Łacińskiej i filmowanie zróżnicowanych ekosystemów morskich kontynentu.

Jedno-apartamentowa kamieniczka położona była na niedalekich obrzeżach centrum. Sam budynek utrzymany był w oryginalnym, kolonialnym stylu. W mieszkaniu o każdej porze leciała muzyka, któryś z lokatorów zawsze coś tam palił. Na przestrzeni dnia przez mieszkanie przewinęło się kilkunastu znajomych Nancy i jej współlokatorki Yaniry, która samotnie wychowywała pięcioletnie dziecko, a liberalna atmosfera panująca w mieszkaniu zupełnie jej w tym nie przeszkadzała.

Po kilku dłuższych chwilach spędzonych na rozmowie o wszystkim i konsumpcji ugotowanego przez Nancy obiadu, wyszliśmy razem na spacer w stronę kampusu Uniwersytetu w Veracruz. W otaczającym go parku dominowały rzadko spotykane w Meksyku sztuczne zalewy oraz europejsko wyglądająca roślinność. Niemal codzienna, lekka mżawka chichipi dodawała miastu brytyjskiego klimatu, a studencka Xalapa mogłaby się równie dobrze znajdować gdzieś na zapomnianym krańcu Kornwalii.

Z Kampusu przeszliśmy leniwym krokiem do głównego placu miasta, który pełnił jednocześnie rolę parku, stołówki i tarasu widokowego. Historyczne centrum Xalapa wraz z tętniącymi handlem wąskimi zaułkami oraz miejskim targiem ulicznym bardziej przypominało centralny Meksyk, aniżeli portowe miasto Veracruz. Postępująca „modernizacja” budynków niemal całkowicie zabiła bogatą, kolonialną architekturę, z której pozostało kilka uliczek centrum i dzielnica w której mieszkała Nancy. Na swój sposób Xalapa była podobna do Guanajuato w dużo skromniejszym wydaniu.

Tego dnia rozpocząłem jeszcze wspaniałą jednodniową przygodę smakowania rosnącej na okalającej miasto wzgórzach, najlepszej kawy Meksyku. Wieczorem poszliśmy jeszcze na chwilę z Nancy do stylowego pubu, który mieścił się w starej opuszczonej willi, by gdzieś w okolicach drugiej nad ranem zakończyć dzień paląc papierosy na jednym z tarasów widokowych miasta i rozmawiać o życiu, patrząc przy tym na wiecznie zamglone, lekko depresyjne miasto Xalapa.

Pobudka w okolicach południa następnego dnia bezapelacyjnie uniemożliwiła pokonanie stopem niekrótkiej trasy do stolicy Republiki. Postanowiłem zabrać się z Nancy autobusem, która tego dnia również wracała do miasta Meksyk na Święta. Wygospodarowane w ten sposób kilka godzin spędziliśmy podróżując do Xico, gdzie po raz pierwszy skosztowałem zerwanych z krzaka, surowych ziaren kawy. Były słodkie. Wykąpaliśmy się też w wodospadzie, którego woda była nadzwyczaj lodowata.

Z założenia krótka wyprawa przeciągnęła się do tego stopnia, że na ostatni sensowny autobus do stolicy Republiki musieliśmy biec. Do stolicy Meksyku dotarliśmy gdzieś w środku nocy, a moja wyprawa na południowe kresy Republiki dobiegła tym samym końca.

Relacja przygód z grudnia 2017
Spisano w dniach 21-24.05.2018 w Warszawie
.
Tuan
.

Garstkę najważniejszych porad na temat podróżowania po Republice zebrałem w linku poniżej :)
MEKSYK INFORMACJE PRAKTYCZNE 2018

.