Gdzieś podczas wyczekiwanego od dawna obiadu przy polnej drodze  na Zacatecas zaszczepił we mnie nigdy niezrealizowany pomysł udania się jeszcze dalej na północ, na pełną skorpionów, kowbojów i narcos pustynię kraju, aż do Tijuany i dziewiczych plaż Dolnej Kalifornii. Pomimo, że północ uważałem do tej pory za typowy region no-go, to podczas tej wyprawy zacząłem się przekonywać, że pewnego dnia powinienem to zrobić: powinienem przejechać stopem od Ushuaia w Argentynie aż do Alaski, pokonać całą drogę Panamericana i przedrzeć się z południowego ekstremum planety, aż na samą północ, a potem najlepiej jeszcze w zimę pieszo przejść cieśninę Beringa i wrócić stopem przez Syberię, aż do Europy…

Droga na Północ

W Guanajuato normalna autostopowa logika nie miała racji bytu. Zamiast męczyć się w autobusie zmierzającym krętymi uliczkami śródmieścia na wylotówkę, zacząłem łapać stopa w okolicach centrum, tuż przed wydrążonym pod masywną górą tunelem, który wychodził wprost na bramki przy autostradzie w zadowalającym mnie kierunku. Widok dziesięciu dżentelmenów stojących przed tunelem podpowiadał mi, że jest to najszybsza i przy okazji społecznie akceptowana forma wydostania się z miasta. Wskakując kilka sekund później na pakę pickupa wiedziałem, że to będzie dobry dzień na machanie kciukiem i przypomniały mi się wspaniałe czasy autostopowego rajdu po Maroku, gdzie przechodziło dosłownie wszystko i gdzie pierwszy raz zaczynaliśmy łapać w samym centrum dwumilionowego Tangeru i gdzie przez trzy dni z rzędu wracaliśmy stopem z festiwalu w środku nocy.

Na bramce poboru opłat poznałem studenta ekonomii który wracał stopem do rodzinnego domu w Leon. Oczywiście, kolega skądś tam kojarzył Berniego. Dziwnym sposobem wyrzucono nas z terenu autostrady i musieliśmy zmachać kciukiem tuż przed bramkami, co opóźniło sukces o jakieś 10 minut, po których to zatrzymał się pickup z podejrzanym towarzystwem, które właśnie jechało odwiedzić kolegów w więzieniu. Po jakiejś godzinie wietrznej jazdy na pace wyrzucili mnie na obwodnicy Leonu i tym samym moja druga przejażdżka z innymi autostopowiczami tego dnia dobiegła końca.

Przez kolejne pół godziny próbowałem łapać stopa na rampie obwodnicy, co było pomylonym pomysłem, gdyż najwidoczniej z tego kierunku nikt o tej porze nie jechał dalej na północ i tylko złapałem kilka niepotrzebnych promieni słonecznych i nawdychałem się zbyt wielu spalin. Przebiegając pod wiaduktem przez sześć pasów autostrady znalazłem się na właściwej jezdni obwodnicy, gdzie łączyły się dwie rampy z obu stron. Gdzieś pomiędzy dźwiękiem klaksonów poznałem sympatycznego Meksykanina z wiadrem, który sprzedawał przekąski na odległej o 20 kilometrów bramce i właśnie jechał stopem do pracy. Był zadowolony ze swojej pracy, zarabiał całkiem nieźle i w trakcie postoju zaproponował mi darmową przekąskę. Po pięciu minutach przyjemnego gaworzenia zgarnął nas jeden z zaprzyjaźnionych tirowców, którzy zawsze go zabierali. Koniec końców, kierowca zdecydował się mnie zabrać dalej aniżeli na bramki, bo aż na samo rozwidlenie autostrad prowadzących do Guadalajara i Zacatecas.

Kolejny kierowca wyglądał jak typowy Teksańczyk, a jego akcent i opowieści perfekcyjnie wprowadziły mnie w klimat północnego Meksyku do którego właśnie zmierzałem. Przez kilka lat mieszkał on w Chicago, gdzie ze względu na kolor skóry przeważnie brali go za Polaka. Znudzony powierzchownością życia w Stanach, które jego zdaniem nadawały się tylko do szybkiego zarabiania pieniędzy przez krótki czas, wrócił do Meksyku i prowadził szczęśliwe życie w rodzinnym Jalisco. Twierdził, że ludzie z jego stanu, oraz sąsiadującego Aguascalientes są najsympatyczniejsi w kraju i że region ten był prawdziwym sercem Meksyku. Na wjeździe do Aguascalientes zaznajomił mnie pokrótce z twórczością lokalnego artysty, Jose Posada, który zasłynął stworzeniem wizerunku La Calavera Catrina – Pani Śmierć. Opowiadał, że Meksykanie z północy są jeszcze większymi zgrywusami i śmieją się dosłownie ze wszystkiego. Jako, że śmierć jest częścią ludzkiego życia, naturalną koleją rzeczy musiała prędzej czy później zostać obiektem żartów i poddana karykaturze. Wkrótce potem nasza rozmowa dobiegła końca gdzieś na dalekich przedmieściach Aguascalientes po właściwej stronie miasta, na ostatniej prostej do Zacatecas.

Ze względu na zmęczenie słońcem, wietrznymi przejażdżkami na pakach i zaangażowaniem intelektualnym w rozmowach z kierowcami na przestrzeni całego niemal już dnia, wcale nie miałem ochoty łapać stopa przez najbliższe pół godziny i rozmarzonym wzrokiem patrzyłem na pobliski krawężnik obierając w myślach trzymane w plecaku mango. Zdałem sobie sprawę, że mimo krótkiego czekania przy drodze, gdzieś wyparował mi cały dzień i od rana nic jeszcze nie zjadłem. Trochę jak na złość, w momencie kiedy już rozkładałem obozowisko i zmęczonymi ruchami wygrzebywałem mango, bez pytania i bez machania, zatrzymał się samochód i jego kierowca zaproponował mi podwózkę prosto do Zacatecas. Pomimo że poprzeczka zawieszona przez poprzedniego kompana była zawieszona wysoko, to mój kolejny kierowca był jednym z ciekawszych rozmówców tej wyprawy i żałowałem tylko, że przez brak glukozy i sombrero docierała do mnie tylko połowa z tego co mówił.

meksyk-guanajuato-zacatecas-guadalajara-sayulita-podroz-pacyfik

Meksykański Podróżnik

Eduardo w młodości wiele podróżował po całym Meksyku. Swoją eksplorację kraju rozpoczynał autostopem, a po ukończeniu studiów złożył się z przyjacielem na starego Garbusa, którym, bez grosza przy duszy, wyruszyli ze stolicy kraju w kierunku Cancun. Znający się na mechanice młodzieńcy zdecydowali się baczyć na zepsute przy drodze samochody i naprawiać je za odpowiednią opłatą, co w tamtych czasach było całkiem intratnym zajęciem. Samo wyjechanie z miasta Meksyk zajęło im pięć dni, a na plaże Cancun dotarli z kieszeniami wypchanymi pieniędzmi i przez kilka tygodni żyli jak królowie.

Gdzieś pod koniec pierwszej opowieści swojego życia, na autostradzie zastał nas niespodziewany korek i samochody były kierowane na małe, wiejskie dróżki, co oznaczało dodatkowe wydłużenie się i tak już okrutnie długiego dnia autostopowicza. Gdy zapytałem się, czym mogło być to spowodowane, z największym spokojem i zupełnie beznamiętnym głosem, Eduardo odpowiedział, że prawdopodobnie miało miejsce wyrównanie rachunków pomiędzy grupami narcos zwieńczone kolejną strzelaniną, które ostatnio nawiedzały południowe rubieże stanu Zacatecas. Z tym samym spokojem kontynuował narrację o tym, jak to miesiąc temu jechał tą samą trasą i znienacka jadący przed nim samochód osobowy został ostrzelany przez kilku zamaskowanych dżentelmenów w pickupie i że nikt tej przygody nie przeżył. Mówił o tym jak o najzwyczajniejszej na świecie rzeczy; tak jakby relacjonował ceny awokado i dorastanie ślimaczka winniczka na przestrzeni jego pierwszych miesięcy życia. Prędko zrozumiałem, że siła przyzwyczajenia do częstych podróży na północ kraju sprawiła, że podczas całej akcji nie przerwał nucenia lecącej w radiu piosenki i rozmyślania o niebieskich migdałach; kolejny dzień, kolejna strzelanina.

Chwilkę później, tak jakby poprzednia rozmowa w ogóle nie miała miejsca i jakbyśmy w ogóle nie przejeżdżali właśnie obok miejsca gdzie ostrzelane auto wpadło w przydrożne drzewo, Eduardo zaczął mnie przekonywać że Meksyk wcale nie jest taki niebezpieczny jak się wydaje i że stopując z głową nie mam się absolutnie czego obawiać. Z opinią tą absolutnie się zgadzałem od dłuższego czasu, niemniej jednak w danych okolicznościach wydźwięk był co najmniej dziwny. Gdzieś podczas wyczekiwanego od dawna obiadu przy polnej drodze  na Zacatecas zaszczepił we mnie nigdy niezrealizowany pomysł udania się jeszcze dalej na północ, na pełną skorpionów, kowbojów i narcos pustynię kraju, aż do Tijuany i dziewiczych plaż Dolnej Kalifornii. Pomimo, że północ uważałem do tej pory za typowy region no-go, to podczas tej wyprawy zacząłem się przekonywać, że pewnego dnia powinienem to zrobić: powinienem przejechać stopem od Ushuaia w Argentynie aż do Alaski, pokonać całą drogę Panamericana i przedrzeć się z południowego ekstremum planety, aż na samą północ, a potem najlepiej jeszcze w zimę pieszo przejść cieśninę Beringa i wrócić stopem przez Syberię, aż do Europy.

Będąc na obrzeżach Zacatecas postanowiłem odpuścić już wycieczkę do centrum i udałem się z moją host, na zaległe zakupy do supermarketu, podczas których szybko przełamaliśmy lody. Będąca nauczycielką i opiekunką trudnej młodzieży Dasia miała sposobność wyjechania dwa razy na stypendium do Francji i raz do Stanów, a w momencie naszej rozmowy była w trakcie udzielania odpowiedzi na kilka ofert pracy, głównie z krajów anglojęzycznych. Była jedną z niewielu Meksykanek bardziej zainteresowanych poznaniem Ameryki Łacińskiej aniżeli Europy i właśnie planowała roczną podróż edukacyjną na południe, gdzie w pierwszej kolejności miała się nauczyć tańczyć tango w Argentynie i tą opowieścią skończył się ten długi autostopowy dzień.

Zacatecas

Nazajutrz skorzystałem z tego, że Dasia jechała autem do pracy w centrum i już od samego rana zacząłem zwiedzanie mroźnego Zacatecas, które niegdyś było drugim najważniejszym miastem w Nowej Hiszpanii, tak zwaną „Kolonizatorką Północy”. Dawną świetność widziałem na każdym kroku, a zionące atmosferą minionej potęgi i kulturowej stagnacji uliczki Zacatecas tworzyły prawdopodobnie najmniej zorganizowany system zagospodarowania przestrzeni miejskiej w Meksyku. Strukturalny chaos nie wpisywał się w żaden w schemat centralnego położonego placu z katedrą, ratuszem i odchodzącymi od niego prostopadłymi uliczkami, który był typowy dla większości kolonialnych miast hiszpańskiego imperium.

Gdzieś po południu, w trakcie lunchu w którejś z naleśnikarni, Dasia wytłumaczyła mi, że oryginalność Zacatecas brała się z tego, że zakładający miasto poszukiwacze złota z początku nie zdawali sobie do końca z sprawy z potencjału okolicznych wzgórz. Myślano wtedy, że kilka krótkich lat wystarczy by zgarnąć całe złoto bez konieczności budowania miasta i dopiero z czasem, na bieżąco, odkrywano kolejne połacie cennego kruszcu. Przekraczająca najśmielsze wyobrażenia obfitość surowca spowodowała prawdziwą gorączkę złota i napływ tysięcy głodnych bogactwa Hiszpanów, którzy w chaotyczny sposób, na szybko, budowali mieszkania bez zbędnego planowania. Obecnie z dawnej kopalni złota która zdefiniowała losy Nowej Hiszpanii pozostało muzeum oraz podziemny bar.

Według Dasi, chaotyczny charakter tradycyjnie otoczonego wzgórzami miasta wraz z obrośniętym domami akweduktem najlepiej podziwiać ze szczytu Bufa. Wspinaczka na tę majestatyczną górę była dobrym ćwiczeniem wysiłkowym, a widok warty każdej spalonej po drodze kalorii. Po rzuceniu okiem na groby zasłużonych w malutkim mauzoleum na szczycie, zacząłem przez kilkanaście minut rozkoszować się malowniczym krajobrazem miasta umieszczonego w pół-pustynnej dolinie.

Ciągłe pytania o to jak zniosłem ostatnie wstrząsy, gdzie wtedy byłem, jak wyglądało miasto Meksyk i opowieści o trzęsieniu ziemi z 1985, po którym liczne, ludzkie zwłoki wywożono koparkami i masowo zakopywano w kanionach pomiędzy wzgórzami stolicy sprawiły, że moje myśli wkroczyły na dziwne tory. Nagle zacząłem sobie wyobrażać jak wyglądałoby trzęsienie ziemi na szczycie Bufa i co bym wtedy zrobił. Wkrótce wyobrażenia zostały zastąpione realną wizualizacją apokaliptycznego Zacatecas z rozpadającym się w oddali akweduktem, ze spadającymi grobami panteonu na szczycie i mnie kurczowo trzymającego się kaktusów w nadziei na utrzymanie się jeszcze przez chwilę na górze Bufy. Był to odpowiedni moment żeby zejść już na dół do zalewającego się mrokiem Zacatecas i podziwiać wspaniale oświetlone nocą miasto i jego cantinas, czyli rodzaj meksykańskiego baru serwującego napoje wyskokowe z agawy.

Również będące górniczym miastem kolonialnym Zacatecas było w pewnym stopniu podobne do Guanajuato. Starannie wykończone fasady budynków mówiły mi że w okresie kolonialnym złota było więcej w Zacatecas, lecz niestety zostało ono w typowy, hiszpański sposób zmarnotrawione i wydane w większości na uczty i luksusowe produkty sprowadzane z Europy. Podczas gdy Guanajuato zmieniło swój charakter inwestując w edukację i ewoluując a alternatywne miasto akademickie, Zacatecas było krok po kroku opuszczane w miarę kończenia się rezerw złota aż w pewnym momencie stało się najmniejszą i najspokojniejszą z meksykańskich stolic stanowych.

Jerez de Garcia Salinas

Drugiego dnia w stanie Zacatecas wybrałem się do oddalonego o 40 kilometrów od stolicy małego miasteczka Jerez de Garcia Salinas, które znane było z westernowego klimatu i taniego mezcala. Początkowo myślałem, że ten krótki dystans mógłbym pokonać autobusem, lub jakimś innym środkiem zorganizowanego transportu publicznego, lecz po chwili refleksji przypomniałem sobie o wiszącej w powietrzu groźbie obrażonego boga autostopu i skorzystałem z oferty Dasi, która przed pracą zaoferowała podwózkę na wylotówkę po właściwej stronie miasta. Po drodze widziałem grupki studentów podróżujących tym samym sposobem, w tym samym kierunku. Niecałe pięć minut machania kciukiem wystarczyło, bym został z uśmiechem zaproszony na pakę pickupa, która wypełniona była młodymi autostopowiczami, z których każdy dostał się tam na innym odcinku trasy.

Po wietrznej godzinie jazdy wylądowałem w Jerez de Garcia Salinas. W drodze do centrum zaprzyjaźniłem się z jednym ze współpasażerów, który potwierdził moje przypuszczenia i zasłyszane historie mówiące o tym, że główną atrakcją miasteczka są kultowe cantinas i legendarne kowbojskie popijawy. W miasteczku mieściła się też ponoć największa na świecie cantina. Przez kolejne dwie godziny naprawdę spokojnego, samotnego spacerowania klimatycznymi uliczkami miasteczka zdążyłem zobaczyć wszystko kilka razy i trochę się jeszcze ponudzić. Poza typowo kowbojskim klimatem północy Meksyku, który potęgował chęć przedłużenia mojego autostopowego rajdu na północ, Jerez de Garcia Salinas nie było miejscem w którym chciałbym się na dłużej zatrzymać i nie zwlekając długo z podjęciem decyzji, wskoczyłem na pakę kolejnego pickupa jadącego z powrotem do stolicy stanu.

Zwieńczeniem pobytu w Zacatecas był kolacja w domu Dasi na którą zaproszone było gremium kolegów z pracy – nauczycieli. Podczas posiedzenie piliśmy wspaniały poncz w lokalnym wydaniu, graliśmy w proste gry i opowiadaliśmy sobie sprośne historie. Zdałem sobie wtedy sprawę, że meksykańska wersja języka hiszpańskiego jest nieprzyzwoicie bogata w podwójne znaczenia, które przeważnie sprowadzały się do tego samego, co w połączeniu z wrodzoną skłonnością do dowcipkowania przemieniało każde alkoholowe spotkanie w komedię. Pierwszy raz w życiu zostałem wprowadzony solidniej w grono nauczycieli dowiadując się przy tym o możliwościach alkoholowych i burzliwym życiu tej pozornie poukładanej grupy społecznej. Zacząłem rozumieć skąd biorą się latynoskie telenowele i to, że opowiadane historie prawdopodobnie nie są tak dalekie od rzeczywistości.

Gdzieś pod koniec biesiady klimat na chwilkę spoważniał i z głębi sali padła teza o tym, że życie w Meksyku jest białe lub czarne i że nie ma odcieni szarości pośrodku. Chyba wszyscy byli już wtedy zmęczeni, bo temat zniknął tak szybko jak się pojawił i po godzinie dalszych radosnych gawędek impreza dobiegła końca. Przypomniałem sobie o tym wątku jeszcze tuż przed snem podczas lektury książki o eksterminacji plemienia Yaquis i legalnym niewolnictwie w Meksyku dwudziestego wieku. Skłoniło mnie do krótkiej refleksji na temat braku szacunku do ludzkiego życia ze strony kolejnych autorytetów na przestrzeni całej historii cywilizacji, która przerwana została głębokim snem aż do późnego popołudnia.

Byki Północy

Po kilku minutach stania na rampie wjazdowej autostrady biegnącej na południe kraju znalazłem się w aucie jadącym bezpośrednio do stolicy Aguascalientes, która była zarazem punktem docelowym tego dnia. Po raz pierwszy w trakcie wyprawy zostałem zgarnięty przez luksusowe auto, a moi kierowcy byli poważnymi prawnikami jadącymi właśnie na spotkanie z burmistrzem Aguascalientes. Ze względu na bombardowanie wiadomościami na temat bezpieczeństwa i polityką strachu w meksykańskich mediach, przeważnie nie zabierali autostopowiczów. Niemniej jednak na wstępie powiedzieli, że wydałem im się jakkolwiek dobrą osobą i nie wiedząc właściwie dlaczego, postanowili zaryzykować.

Jeden z pasażerów podczas odwiedzin rodziny na dalekiej północy poznał posiadających kilka restauracji Polaków z Olsztyna, którzy od kilku lat zapraszali go do odwiedzenia kraju nad Wisłą. Rozmawialiśmy przez całą drogę i jeszcze kilka chwil pod Pałacem Sprawiedliwości, aż do przyjścia burmistrza, który również wydawał się być sympatycznym człowiekiem. Wymieniając się numerami podczas pożegnania widziałem, że moje opowieści na nowo rozbudziły w nich zew podróżnika i że prawdopodobni za rok uściśniemy sobie dłonie w Olsztynie.

Prędko dostałem się do centrum Aguascalientes i podczas pierwszej przechadzki z poznaną w Guanajuato Stef okazało się, że miasto jest wyjątkowo przyjazne dla pieszych i samochody nie pożarły jeszcze ostatniego skrawka chodnika. Prawdopodobnie miasto było też jeszcze spokojniejsze aniżeli Zacatecas. Podobnie jak w przypadku sąsiada z północy, główną atrakcją Aguascalientes były liczne cantinas, a największą zaletą ludzie o złotym sercu. W samym centrum miasta znajdowała się wysoka kolumna z posągiem orła na samym szczycie, która wskazywała symboliczne centrum kraju i serce narodu.

Ze względu na swój naznaczony północą klimat oraz długą tradycję, Aguascalientes od niepamiętnych czasów było jednym z poważniejszych graczy na międzynarodowej scenie walk byków. Dzięki zagadaniu sympatycznego dżentelmena utrzymującego czystość obiektu udało nam się dostać na arenę podczas treningu młodych torrero i na własne oczy zobaczyć skrupulatną nauką obsługi flagi i zabawy młodzieży z szarżującą figurą byka na taczkach. Odwiedziliśmy też prowizoryczny punkt medyczny oraz przystadionową zagrodę z trzydziestoma gotowymi do walki bykami. Na sam koniec nasz przyjaciel zdradził nam, że największe gwiazdy są traktowane w Aguascalientes niczym rockmani i to oni ustalają warunki podczas przygotowań do korridy zgarniając przy okazji 10 milionów peso za jeden występ. Informacja ta pozwoliła mi zrozumieć, czemu dziesiątki dzieci na stadionowym parkingu codziennie przygotowywało się do pierwszego w życiu treningu.

Gdy tylko zobaczyliśmy już większość z niewielu turystycznych punktów centrum Aguascalientes, pożyczyliśmy auto od mamy Stef i pojechaliśmy na industrialne przedmieścia południowej części miasta ażeby zapoznać się z kolegą, który miał mnie przenocować w nadchodzących dniach. Gerardo studiował Marketing i wynajmował całe piętro w oazie domków jednorodzinnych wciśniętych gdzieś pomiędzy magazyny centrum logistycznego Aguascalientes. Ponieważ akurat był zajęty malowaniem psychodelicznych obrazów a nas gonił nas czas, zapoznanie było krótkie i po szybkim prysznicu wybiegliśmy wręcz z mieszkania. Kilka chwil później, zmieniając po drodze samochód, byliśmy już w drodze na imprezową północ miasta.

Odpicowany klub do którego się udaliśmy błyszczał pieniędzmi i przypominał miejsca z Mazowieckiej do których nigdy nie chciałem trafić. Większość przestrzeni klubowej zajmowały stoliki obstawione przez koszule wypchane ludźmi, wokół których krążyli liczni kelnerzy baczący, by goście konsumowali alkohol w odpowiednim tempie. Po kilku godzinach patrzenia na znikające kolejne butelki tequili, zdecydowaliśmy się złapać ze Stef jakąś taksówkę i wrócić do domu. Pod koniec trasy musiałem się przesiąść na przednie siedzenie i paląc papierosy z taksówkarzem, prowadzić go właściwą drogą przy pomocy mojego dogorywającego smartfona z pękniętym ekranem.

Ku mojemu zdziwieniu Gerardo jeszcze nie spał o tej porze i pomimo późnej godziny, zdążyliśmy jeszcze porozmawiać o wszystkim i o niczym przez dłuższy czas. Mój host był wybrednym palaczem konopi zaopatrującym się w produkty importowane z Kalifornii, gardząc przy tym z lekka krajowym suszem. Wypchany słoik wysokiej jakości konopi kosztował w przeliczeniu mniej więcej 50 polskich złotych i można go było bez najmniejszych problemów zamówić wiadomością na Facebooku. Pomimo znacznej konsumpcji wśród młodych ludzi, hipokryzja Meksykanów sprawia, że konopie do tej pory są mocno stygmatyzowanym tematem tabu. Gasząc światło i zasuwając wszystkie rolety tuż przed odpaleniem fajki poprosił mnie jeszcze żebym nigdy nikomu nie mówił o jego zainteresowaniach, a ja zastanawiałem się czemu dziwnym trafem zawsze trafiałem na zapalonych marihuanistów.

Aguascalientes

Nazajutrz z rana, tuż po śniadaniu w OXXO i krótkiej pogawędce udaliśmy się na dwukilometrowy spacer w kierunku najbliższego przystanku autobusowego. Gerardo jechał na popołudnie do pracy w firmie będącej krajowym liderem w dystrybucji ryb i owoców morza, gdzie jego zadaniem było monitorowanie mediów społecznościowych, a ja bez konkretnego planu jechałem poszwendać się po mieście. Kilka kolejnych godzin w centrum Aguascalientes zdążyło mnie dosyć mocno znużyć i zacząłem rozumieć dlaczego tubylcy tak dużo piją i czemu na każdym rogu, w biały dzień, widać niejedną otwartą cantina. Pod wieczór znowu spotkaliśmy się z Gerardo i jego kolegą o imieniu Cipa na dachu jednego z barów przy głównej alei miasta. Niesamowita gra świateł oraz widok gór przypominających zmarłego torrero w oddali sprawiały, że zachód słońca z tego miejsca był prawdopodobnie jednym z piękniejszych w Meksyku. Po kilku piwach i amerykańskim burrito zjedzonym gdzieś na ulicy wsiedliśmy w samochód Cipy i pojechaliśmy na osiedle domków jednorodzinnych zamieszkiwanych w większości przez bogatych studentów z zagranicy, gdzie boliwijscy koledzy Stef organizowali huczną imprezę.

Na miejscu okazało się, że każda z zagadywanych przeze mnie osób miała przynajmniej jednego dalekiego znajomego z Polski i wszyscy ochoczo ze mną rozmawiali. Gdzieś w połowie imprezy poznałem ładnie ubranego młodzieńca ze stanu Sinaloa, który konspiracyjnym tonem zdradził mi, że jego rodzice byli narcos, a następnie opowiedział mi historię swojego życia i to, że nie wychowano go w duchu rodzinnego biznesu. Wybrał spokojne życie studiując budownictwo na prywatnym uniwersytecie w Aguascalientes i nie zamierzał iść w ślady rodziców. Potwierdził też moje przekonanie o tym, że zajęci swoimi sprawami narcos nie stanowią poważnego zagrożenia dla normalnych ludzi i jedynym zagrożeniem mogłaby być jakaś zagubiona kula.

Po kilkudziesięciu skończonych butelkach tequili Peruwiańczycy zaczęli wspinać się po piorunochronie na dach budynku i wydarzenie to było początkiem szalonego obrotu jaki zaczęła później przybierać impreza. Wkrótce potem został wywrócony stół ze wszystkimi alkoholami, a część biesiadników zaczęła grać w coś przypominającego „czekoladę”, tyle że rzucając nożem jak najbliżej stóp kolejnej osoby w kółku. Ze względu na troskę o dobre relacje z sąsiadami zabawa skończyła się w okolicach trzeciej. Po godzinnych pożegnaniach przed domem i kilku zarysowanych autach wyjeżdżających biesiadników, wszyscy spokojnie rozeszli się w swoją stronę. Na koniec dnia Gerardo przygotował jeszcze na sen kilka tacos ze świeżą rybą podarowaną mu w pracy, co było moim ostatnim posiłkiem w Aguascalientes.

.

The end

Tuan
.

Niniejszy artykuł jest relacją z drugiej części przygód podczas wyprawy nad Pacyfik  w dniach 27.09-13.10.2017 i spisana została w dniach 22-24.10.2017 w Mieście Meksyk

.

Garstkę najważniejszych porad na temat podróżowania po Republice zebrałem w linku poniżej :)
MEKSYK INFORMACJE PRAKTYCZNE 2018

.