Tuan de Paso

Blog Podróżniczy | Relacje z Autostopowych Wypraw

Menu Close

Nowe Medellín

Droga do Medellín nie była łatwa. Ten 400 kilometrowy odcinek wątpliwej jakości drogi biegnącej przez góry, dżunglę i terytorium dwóch największych karteli narkotykowych świata mogłem pokonać autostopem, lub transportem publicznym. W normalnych okolicznościach najpewniej wybrałbym tę pierwszą opcję, jednak tym razem spieszyłem się na karnawał w Barranquilla.

Ważnym argumentem przesądzającym o kupnie biletu na przejazd był wynik zaawansowanych negocjacji, które prowadziłem w stoisku biletowym na dworcu autobusowym. Oklepane i stare jak świat, aczkolwiek wciąż niezmiernie skuteczne argumenty w stylu „nie mam więcej pieniędzy, weź to, albo nie jadę”, czy też wskazywanie na rekordowo niskie ceny ropy i pytanie co jest zawarte w cenie biletu pozwoliły zbić cenę biletu do połowy początkowej wartości. Logika była taka, że biorąc nocny kurs wyśpię się w busie jak król i nazajutrz z samego rana zacznę zwiedzać, zamiast próbując szczęścia na wygodnym, nagrzanym niemal do czerwoności asfaltowym poboczu Panamericany.

Szczęśliwym trafem bus którym jechałem był prawie pusty, dzięki czemu mogłem się w miarę komfortowo rozłożyć na czterech miejscach w ostatnim rzędzie. Mimo to, przez długi czas miałem problemy z zaśnięciem. Udało mi się na kilka kilometrów przed tym, jak nasz wehikuł pokonywał pasmo górskie, by dostać się do doliny Aburrá. Niejednokrotnie się budziłem. Czy to przez nieustanne kontrole policyjne i kompleksowe trzepanie autokaru czy też przez szalonego kierowcę zdającego się ignorować ograniczenie prędkości do 40 na górskich serpentynach bez żadnych zabezpieczeń. Po ośmiu godzinach nocnego kursu dotarliśmy na miejsce…

Czym prędzej wysiadłem z autokaru rozprostować nogi. Po krótkim dreptaniu w kółko, odpaleniu peta i odebraniu kilkunastokilogramowego plecaka podszedłem do pierwszego lepszego kiosku na peronie autobusowym i zamówiłem pierwszej klasy, świeżą, kolumbijską kawę i brązowym cukrem z pobliskich plantacji, serwowaną w plastikowym kubeczku z uciętym kawałkiem plastikowej słomki pełniącej funkcję łyżeczki. Klasyczna forma spożywania lokalnego specjału. Usiadłem na ławeczce i pełen zadumy spojrzałem na rozpościerające się wzgórza ogromnego miasta o wschodzie słońca. Bestia. Medellín.

Pomimo niewątpliwych walorów smakowych (i wątpliwych walorów estetycznych) lokalny przysmak nie zdołał mnie rozbudzić. Plany rześkiego i aktywnego rozpoczęcia dnia spaliły na panewce. Przygody będą musiały poczekać – byłem okrutnie śpiący. Sęk w tym, że noclegu też nie miałem. Hostom wcześniej ogarniętym na Couchsurfingu coś powypadało i finalnie nie byli w stanie mnie przenocować. Niemniej jednak zachęcony niezwykłą skutecznością, z jaką dotychczas znajdowałem hostów w Ameryce Łacińskiej, tuż przed wejściem do „busa, w którym tak zajebiście się wyśpię, że nie będzie mi potrzebna żadna drzemka rano” postanowiłem zlać sprawę licząc, że do momentu, kiedy będę już naprawdę śpiący, na pewno znajdzie się jakiś interesujący host. Nie spodziewałem się, że ten moment przyjdzie tak szybko.

Teoretycznie mógłbym rozbić namiot w jakimś ustronnym miejscu przy rzece, albo w parku. Miałem to szczęście, że robiąc tak nie raz i w nie-do-końca odludnych, czy bezludnych lokalizacjach nigdy nic nieprzyjemnego mi się nie przytrafiło. Zdawałem sobie również doskonale sprawę, że dzisiejszy Medellín to już nie światowa stolica przestępczości z lat 90-tych, gdzie średnio popełniano 17 morderstw dziennie. Mimo wszystko jakoś tego nie czułem. Ponieważ miałem tu zostać tylko kilka dni, no i miałem nadzieję, że jednak ktoś się potem znajdzie, postanowiłem pierwszą noc spędzić w hostelu.

Po Medellín spodziewałem się szeroko pojętego hardkoru, niezwykłej latynoskiej atmosfery i pobytu pełnego niezapomnianych przygód przeplatanego eventami kulturalnymi i bydlęcymi imprezami w klimatycznych klubach kolumbijskiej, podziemnej sceny elektronicznej. To wszystko we wspaniałym klimacie umiarkowanie ciepłym, który sprawił, że o Medellín mówi się, że jest to miasto wiecznej wiosny.

Moje oczekiwania były po części wygórowane tym, że jedynym kolumbijskim miastem, jakie dotychczas znałem było Cali, które doskonale komponowało się z obrazem Ameryki Łacińskiej, jaki miałem w głowie przed podróżą za wielką wodę. Kompletny chaos, absolutnie nieartystyczny nieład, wszechobecne syf, góry śmieci, uśmiechnięci ludzie, różnorodność etniczna, hałas milionów tanich, azjatyckich motocykli i ogromnych, starych amerykańskich samochodów palących 30 litrów na setkę. Coś pięknego.

Rozczarowanie brakiem wyżej wymienionego, stereotypowego południowoamerykańskiego klimatu w krajach położonych na południe od Kolumbii zostało po części zrekompensowane z namiastką ziemi obiecanej w Cali. Po Medellín spodziewałem się dokładnie tego samego, tyle, że w bardziej spektakularnym wydaniu – więcej smaczków latynoskich, mniej manieryzmów krajów zdominowanych ideologią zachodu, jeszcze bardziej uśmiechniętych ludzi, jeszcze ciekawszych miejsc, ludzi… Więcej wszystkiego.

Wychodząc z hali dworcowej zdałem sobie sprawę, że sprawy nie do końca będą wyglądały jak to tak sobie wcześniej wyobrażałem. Dworzec był odnowiony, czysty i schludny, przestronny, pełen przyciągających wzrok, estetycznych reklam zachodnich produktów. Nigdzie nie widziałem trzyosobowych patroli wojska w kamizelkach kuloodpornych i wielkimi karabinami na wierzchu. Mało tego, po wyjściu na przystanek skąd rzekomo odjeżdżał autobus w stronę hostelu stał czytelny rozkład, na dodatek z godzinami odjazdów. W pierwszej chwili pomyślałem, że muszę być w naprawdę nieciekawej kondycji po nieprzespanej nocy i dla pewności przetarłem oczy. Rozkład nadal tam stał, a autobus przyjechał o czasie.

Nie sądziłem, że legendarne miasto Pablo Escobara, o którym wiedzę miałem jedynie ze świetnego filmu „Dziewczynka z różami” może tak szybko stać się łudząco podobne do zachodnich metropolii. Myślałem bardziej, że wszyscy narkotykowi baronii trochę się uspokoili, partyzantka FARC chwilowo nie organizuje jakichś zamachów, ale gdzieś tam w głębi „duszy” Medellín nadal dymi hardkorem i latynoską atmosferą. Ciężko mi było jakoś uwierzyć, że w kilka(naście) lat ustała wszechobecna prostytucję nieletnich, tysiące dzieciaków przestało wąchać klej i wszystkie stare nawyki posyłania konkurencji do piachu poszły w zapomnienie.

Okazało się, że Medellín jest prężnie rozwijającym się miastem, ważnym ośrodkiem kulturalnym i ekonomicznym, a w 2013 roku wygrał plebiscyt na najlepsze miasto na świecie. Każdy Paisa, czyli mieszkaniec Medellín jest niezwykle dumny ze swojego miasta. Większość z nich uważa, że są oni trochę odmienni, pod niektórymi względami lepsi od mieszkańców z reszty kraju. Tacy lokalni, stereotypowi Warszawiacy. Jako jedyne miasto w Kolumbii ma również sprawnie działające metro naziemnie, którym dzięki specyficznemu położeniu miasta w dolinie lokalnej rzeki da się dojechać mniej więcej wszędzie.

Samo metro ma zresztą swoją piękną i słusznie gloryfikowaną przez Kolumbijczyków historię. Pewien Paisa opowiadał mi jakie nadzieje rozbudzała budowa metra pośród ogromnych wówczas nierówności społecznych i napiętej sytuacji politycznej związanej z kartelami narkotykowymi oraz zamachami partyzantów. Pomimo braku doświadczenia w planowaniu jakkolwiek podobnej inwestycji, nieciekawej sytuacji finansowej lokalnego samorządu oraz wszechobecnej przestępczości metro zbudowano w rekordowo szybkim tempie.

Metro miało być wtedy łącznikiem, miejscem spotkań wszystkich klas społecznych. Umożliwiało uboższym mieszkańcom z peryferyjnych dzielnic dojeżdżać codziennie do pracy za stosunkowo niewielkie pieniądze. Była to poniekąd forma włączenia wykluczonych dotychczas klas społecznych w tkankę rozwijającego się miasta. Przestępczość w Comunach (biedniejsze dzielnice położone na wzgórzach wokół bogatego śródmieścia w dolinie rzeki) zaczęła drastycznie spadać, a poziom życia powoli wzrastać. Metro jest w Medellín jednym z symboli, a zarazem narzędzi zmiany jakości życia w mieście, dlatego Paisas bardzo szanują i dbają o swoje metro – w środku nie zobaczysz ani jednego śmiecia, ani jednej porysowanej szyby, niechlujnego taga zrobionego markerem przez 12-letniego skate’a i ani jednego hultaja próbującego oszczędzić na bilecie skacząc przez bramki.

Pierwszych kolonizatorów do prowincji Antioquia wabiły obecne tutaj bogate zasoby złota. Ze względu na specyficzne położenie w dolinie, pomiędzy wysokimi górami, komunikacja między Medellín a pozostałymi koloniami korony hiszpańskiej była znacznie utrudniona, przez co Paisa zachowali swoistą odmienność. Kiedy złoto już się wyczerpało, zaradni miejscowi osadnicy postanowili wybudować jedną z pierwszych w Ameryce Południowej linii kolejowej dając kres izolacji prowincji i początek boomowi ekonomicznemu. Od tamtej pory zaczął się intensywnie rozwijać przemysł tekstylny oraz rolnictwo – w szczególności uprawa kawy, które potem miała się stać wizytówką regionu i dumą całego kraju. Naturalnie pociągnęło to za sobą wzrost demograficzny i z podupadłego miasta, Medellín stało się drugim największym miastem Kolumbii.

Wracając… Mój hostel położony był tuż przy parku Lleras, centralnym punkcie imprezowym modnej dzielnicy EL Poblado, która szerszej publiczności jest znana z tego, że kiedyś mieszkał tam Pablo Escobar. Dzielnica charakteryzowała się bezpieczeństwem, bogactwem, rezydentami klasy wyższej, lub bogatymi gringos, do przesady modnymi kawiarenkami, wyszukanymi restauracjami, kiczowatymi klubami typu Opera, świetnym dojazdem do dzielnicy biznesowej, strategicznym oddaleniem od brudnego centrum i najdalej jak to możliwe od dzielnic biedy. Dzielnica ta ma swoje odzwierciedlenie w każdym większym mieście Ameryki Południowej. W Córdobie było to Güemes, w Montevideo Pocitos, w Rio de Janeiro Ipanema, w Santiago de Chile Bellavista, w Limie Miraflores…

Swoją drogą całkiem ciekawą faktem jest, te że w żadnym kolumbijskim mieście ulice nie mają nazw pisarzy, sąsiadujących miast, czy ważnych dat. Zamiast tego wszystkie drogi są ponumerowane i te położone w orientacji wschód – zachód  nazywają się Calle, podczas gdy te prowadzące z północy na południe to Carretera. Teoretycznie łatwiej się zorientować, ale trudniej zapamiętać gdzie co jest.

Hostel był bardzo przyjemny. Biorąc pod uwagę fakt, że była to jedna z tańszych opcji, do tego w podejrzanie dobrej lokalizacji, spodziewałem się wszechobecnego syfu, rdzy, karaluchów, rozpadającego się kojo i kilku kokainistów na klatce schodowej. Zamiast tego mym oczom ukazała się schludna kuchnia, działające łazienki, jadalnia z telewizorem i komputerem dla wszystkich, szybkie Wi-Fi i ogromny taras na dachu z satysfakcjonującym widokiem na park i możliwością zrobienia grilla. Do tego obsługa była tak sympatyczna, że wraz z poznanymi tam Chilijczykami mówiliśmy na właścicielkę „ciocia”.

Po krótkiej czterogodzinnej drzemce i lekkiej aklimatyzacji w hostelu postanowiłem wyruszyć na podbój miasta. Naturalnie wiązało się to ze zdobyciem lokalnej mapki z rozpisanym transportem publicznym i małymi rysunkami najciekawszych, zdaniem twórców, atrakcji turystycznych miasta. Muszę przyznać, że zawsze byłem psycho-fanem mapek z Informacji Turystycznej, a moja kolekcja zawiera takowy przedmiot praktycznie z każdego miejsca jakie odwiedziłem. Dlatego też w pierwszej kolejności postanowiłem udać się do najbliższej Informacji Turystycznej po moją pierwszą zdobycz z Medellín.

Jak się spodziewałem, dotarcie z El Poblado do centrum miasta jest proste jak druk i zaskakująco szybkie. Po zdobyciu mapki udałem się do Parque Berrio, przy którym znajduje się stary kościół oraz stylowe, zabytkowe kamienice. wszędzie ludzie coś sprzedający, tłoczno. Sam plac pełen był sprzedawców oraz ludzi popijających kawę, piwo, czy Guarapo. Guarapo taka lemoniada z wyciskanych na Twoich oczach limonek z dodatkiem miażdżonej w specjalnym urządzeniu trzciny cukrowej. Byli też ludzie grający w karty i szachy. Potem dowiedziałem, że codziennie wieczorem przychodzą muzycy i cały plac przeradza się w uliczną fiestę.

Tuż za kościołem znajdował się swojego rodzaju stragan z asortymentem typowym dla zwykłego południowoamerykańskiego targowiska. Można tam było znaleźć okulary przeciwsłoneczne, podróbki perfum, kłódki, łańcuchy, świeże owoce, książki i wszelkiej maści pornografię, która niestety była aż nazbyt dobrze wyeksponowana. Niestety, bo znajdowały się tam również niestandardowe pozycje wychodzące poza utarty schemat „człowiek z człowiekiem”. W samiutkim centrum miasta, tuż za kościołem.

Przechadzając się jednym z głównych deptaków miasta, Calle Junin, postanowiłem wstąpić do jednej z piekarni na typowe kolumbijskie śniadanie czyli aromatyczną kawę serwowaną w plastikowym kubeczku wraz z kilkoma słodkimi bułeczkami. Wybór pieczywa w tego typu piekarniach  jest naprawdę przeogromny. Do tego stopnie, że jedząc codziennie przez miesiąc takie śniadanie, nie udało mi się spróbować wszystkich przysmaków. Każdy region, a czasami nawet dzielnica ma swoje specjalne, tradycyjne wypieki. Dodatkowym atutem tego rodzaju śniadania jest to, że nawet w najdroższych częściach miasta przy najbardziej uczęszczanych ulicach dobrej jakości ciasteczko, czy świeża kawa nigdy nie kosztowała więcej niż złotówkę. Przeważnie jest też to dobre miejsce, żeby luźno pogadać z lokalsami, czy podładować telefon.

Podróżując po hiszpańskojęzycznej części Ameryki Południowej ciężko nie zauważyć mnogości pomników generała na koniu w centralnych punktach największych miast. W Boliwii, Ekwadorze, Kolumbii i Wenezueli na 99% jest to Simon Bolivar, podczas w Chile, Argentynie, Urugwaju można śmiało strzelać, że pomnik przedstawia generała San Martin. W Peru czasem tak, czasem tak. Tych dwóch dżentelmenów wyzwoliło wszystkie kraje kontynentu za wyjątkiem Brazylii. Bolivar rozpoczął rewolucję w Caracas i maszerując ze swą armią na południe wyzwalał kolejne państwa. San Martin rozpoczął rewolucję w Buenos Aires i skierował się na północ. Obie armie spotkały się gdzieś w Peru, a sami generałowie postanowili omówić przyszłość kontynentu i granice państw w Ekwadorze. Lokalna Jałta.

Po przebrnięciu prze tę krótką lekcję historii, możemy wreszcie wrócić do Medellín, a konkretniej do Parku Bolivara. Uroczy kwadrat 50×50 metrów zieleni pośród betonowej dżungli zwieńczony niedziałającą fontanną i kolonialną katedrą. No i pomnikiem Bolivara na samym środku. Jeśli chodzi o architekturę i walory estetyczne to faktycznie mocna średniawka. Niemniej jednak, zmęczony nieustanną tułaczką po mieście oraz skuszony ławką w cieniu zdającą się obiecywać udaną konsumpcję tytoniu, postanowiłem spocząć na chwil kilka.

Króciuteńki odpoczynek na wyżej wspomnianej ławeczce okazało się całkiem niezłą decyzją biorąc pod uwagę mozaikę wszystkich, chyba, warstw społeczeństwa w jednym miejscu. Starcy grający w karty, kupcy, śpieszący-się-gdzieś korpo-ludzie w garniturach, rodziny z dziećmi, rodziny bez dzieci, zagubieni turyści, lokalni watażkowie, dilerzy, młodzież grająca w piłkę, młodzież nawąchana klejem, kobiety lekkich obyczajów, funkcjonariusze publiczni, żebracy. Dodatkową atrakcją były widoczne jak na dłoni interakcje pomiędzy poszczególnymi klasami. Z bardziej ciekawych wymienię relację lokalnych hersztów rozmawiających raz na jakiś czas z policją. Chwilę później panowie w mundurach zaczęli gruntownie przesłuchiwać nieopłacanych handlarzy substancji i nieopłacone handlarki ciała.

Od razu do głowy przyszła mi historia prawdopodobnie najbardziej znanego na świecie Kolumbijczyka i zarazem mieszkańca Medellín – Pablo Escobara. Ten typ z głośnej północnoamerykańskiej produkcji Narcos, który, według Kolumbijczyków, pokrywa się w 70% z faktycznymi wydarzeniami z przeszłości.

Pablo był postacią co najmniej kontrowersyjną. Ludzie z biedniejszych dzielnic w których operował go uwielbiają, bo dbał o swoich i niby tam wybudował jakieś boiska, szkoły, etc. Niemniej jednak znaczna cześć społeczeństwa Kolumbii go nienawidzi i chce całkowicie odciąć się od tego przyjemniaczka. Jak im powiesz, że znasz Kolumbię z Narcos, kojarzysz tylko Pabla i białe stoki, oburzają się tak, jak Polak zaklasyfikowany do Europy Wschodniej, lub co gorzej do byłego ZSRR. Tak czy owak, na dzień dzisiejszy wycieczki typu „Escobar Tour” są bardzo popularne wśród turystów odwiedzających miasto i przyczyniają się do wzrostu turystyki w regionie.

Ważnym rozdziałem poznania każdego miasta jest wyjście w piątek wieczorem i powrót nad ranem. Najlepiej w poniedziałek. Na moje wygórowane oczekiwania odnośnie życia nocnego w Medellín najpewniej wpłynęło wiele czynników, takich jak ogólna sympatia bijąca od wszystkich Kolumbijczyków, ich umiłowanie tańca i rumu, oraz reputacja szalonych imprezowiczów. No i Kolumbijki.

Kolumbijki, a w szczególności Paisas mają reputację jednych z piękniejszych na świecie. Coś w tym jest. Niektórzy traktują to jak dumę narodową, a kult kobiecego piękna widać na każdym kroku. Piszę kobiecego, ponieważ z relacji płci przeciwnej wiem, że mężczyźni są mocno przeciętni. Powszechnym zwyczajem w Medellín jest sprezentowanie swojej córce, chrzestnej, siostrze, czy kochance operacji powiększającej biust, wargi, pośladki, a najlepiej wszystko naraz. To widać. Wszędzie.

Wracając do tematu życia nocnego… Pomimo dogodnych warunków naturalnych, jak i tych mniej naturalnych oraz pozytywnego usposobienia ludności, życie nocne w El Poblado zdecydowanie nie powala na kolana. Większość dostępnych opcji to kluby z pijanymi turystami w stylu Lloret de Mar czy Złotych Piasków. Brak Kolumbijczyków, brak latynoskiego klimatu, ot taki wycinek europejskiego kurortu by night. Kolejnym problemem jest nadmierna ilość kobiet lekkich obyczajów skrzętnie przebranych za normalne, imprezujące dziewczyny. To nie tak, że masz dla nich jakiś kącik w klubie i wszyscy widzą co to za niewiasty. Moi znajomi z Chile nie raz nadziali się tak, że po długim tańczeniu, piciu, rozmawianiu, żartowaniu i może nawet ślimaku, zostali poinformowani, że jeśli chcą iść krok dalej to muszą zapłacić. Niemiło. Tak niestety jest w znacznej większości przypadków, dlatego też w El Poblado nie polecam oglądać się za Kolumbijkami.

Życie nocne w bardziej lokalnym stylu, z hardkorem na racjonalnym poziomie znalazłem w dzielnicy Laudeles. Tam nie ma już zachodnich turystów i bogatych tubylców z kieszeniami wypchanymi dolarami. Jest za to dużo więcej tych uśmiechniętych Kolumbijczyków i tych normalnych, uroczych dam. Można posłuchać lokalnych rytmów takich jak salsa, czy bachatą. Na ulicy napijesz się w spokoju z nowopoznanymi ludźmi, którzy najpewniej wezmą Cię potem na ciekawą imprezę. Z popularnych napoi przeważnie dostępne jest Aguardiente, czyli lokalny specjał wysokoprocentowego wytwarzany z trzciny cukrowej, oraz serwowany w kartonie rum. Odnośnie tego drugiego, ciekawym faktem jest to, że większość prowincji ma własną wersję, i poza Bogotą, rumu z jednej prowincji nie można sprzedawać w innych.

Pewnego dnia poznałem Yurani – przesympatyczną dziewczynę, mieszkającą w jednej z biednych dzielnic na wzgórzach obok Parku Arvi. Kiedyś była to jedna z najbardziej niebezpiecznych dzielnic miasta. Poza wydarzeniami ogólnokrajowymi, takimi jak walka z kartelami narkotykowymi, do poprawy bezpieczeństwa przyczyniły się inwestycje takie jak budowa stacji metra u podnóża dzielnicy. Od stacji na wzgórza postawiono darmową kolejkę, z biblioteką na końcowej stacji dzielnicy, pośród domów z cegieł i blachy falistej. Wszystko to, około 700 metrów wyżej niż centrum miasta. Yurani mówiła, że w Medellín biedni są nadal biedni, ale przynajmniej mają ładne widoki.

Co było jednak naprawdę niesamowite to przedłużenie linii o jakieś cztery kilometry po szczytach wzgórz, w głąb dżungli. Na ostatniej stacji znajduje się Park Arví. Mimo, że jest relatywnie niedaleko miasta, to wysokość, oraz gęsta roślinność sprawiają, że czujesz się jak w dżungli amazońskiej. Tyle, że bez tych złych węży, pająków i latających karaluchów. Chodzić po parku można godzinami. Jest tutaj kilka tras, mniej lub bardziej dzikich, gdzie można zobaczyć dzikie zwierzęta prowincji Antioquia oraz dowiedzieć się czegoś o lokalnej kulturze. Jest też browar z lokalnym, rzemieślniczym piwem. Gorąco polecam.

Rozmowy z Yurani pozwoliły mi stworzyć w głowie obraz Kolumbii sprzed kilkunastu lat i uświadomić sobie jak wielki postęp zrobili od tamtego czasu. Na przykład, jej ojciec administrował dzielnicą w imieniu Pabla. Dlatego, też widok broni, ba!, uzbrojeni dżentelmeni wkraczający do mieszkania i pytający o tatę nie są dla niej niczym zaskakującym. Mieszkająca na wsi babcia uprawiała kokainę, bo była znacznie rentowniejsza, niż inne uprawy. Ponadto, partyzanci lubili staruszkę i zawsze pomogli jej w odstraszaniu potencjalnych rabusiów czy komercjalizacji plonów. Partyzanci lubili też młodą Yurani. Do tego stopnia, że jeden z nich zaproponował jej ślub, gdy ta miała 12 lat. Babcia doradzała przyjęcie zaręczyn, bo „partyzantka to taka porządna i solidna profesja”.

Pewnego dnia postanowiłem sobie zrobić długi spacer, by zobaczyć plac Botero, słynnego i całkiem oryginalnego rzeźbiarza z Medellín. Jego rzeźby to przeważnie nadmiernie pulchni ludzie i nieforemne zwierzęta. Mówią, że Botero swoją twórczością zdobył uznanie publiczności na całym świecie. Też o nim wcześniej nie słyszałem. Tak, czy owak coś w tym musi być, bo facet na swojej twórczości zrobił naprawdę ogromne pieniądze, które pozwoliły mu na zakup kilku(nastu?) luksusowych willi na całym świecie. Krążą plotki, że mieszka obecnie gdzieś we Włoszech. Albo Atenach.

Część swojej fortuny Botero przeznaczył na cele społeczne. Poczucie lokalnej dumy i patriotyzmu skłoniło go do podarowania miastu około 30 niemałych rzeźb, które postawiono na placu nazwanym jego imieniem. Przy placu stoi również Muzeum Antioquia, które też zostało, przynajmniej w znacznej części, sfinansowane przez naszego rzeźbiarza bohatera. Na ogół nie przepadam za muzeami sztuki „tradycyjnej”, jednak to było całkiem ciekawe. Poza salami ze sztuką Botero, zobaczymy też setki fotografii Kolumbii z ostatnich kilkudziesięciu lat, interaktywną mapę miasta, tradycyjną sztukę lokalną, trochę sztuki kolonialnej oraz kilka sali, których ekspozycja zalatuje sztuką współczesną. Zdecydowanie polecam osobom zainteresowanym „zanurzeniem się” w kulturze regionu Antioquia.

Poza kilkudziesięcioma rzeźbami przygrubych ludzi i zwierząt, na placu Botero uwagę każdego odwiedzającego przykuwał Pałac Kultury Uribe. Majestatyczny, z fasadą pełną ciekawych wzorów i ozdób wyglądał niemal jak bajkowy pałac Disneya. Przynajmniej od strony placu Botero. Po drugiej stronie, budynek prezentuje się mniej okazale. Biała ściana. Drewniane okna typu PRL+. Żadnych ozdób. Pałac zaprojektował i początkowo nadzorował budowę znany belgijski architekt. W międzyczasie lokalna społeczność, a także niektóre media zaczęły wyrażać oburzenie i sprzeciw wobec konstrukcji tak awangardowego budynku w samym centrum miasta. Padły również argumenty, że sam pałac jest brzydki, źle zaprojektowany i najpewniej sam się zawali w niedalekiej przyszłości. Całe zamieszanie oraz domniemane kłopoty finansowe skłoniły belgijskiego architekta do powrotu do Europy. Według miejskiej legendy, Kolumbijczykom nie udało się rozczytać pozostawionych przez Belga, kompletnych planów budynku i postanowili wykończyć pałac w dobrze sobie znanej i niezawodnej konwencji białej ściany.

Cechą szczególną zakupów w Kolumbii jest możliwość negocjacji ceny praktycznie w każdej sytuacji. Wyjątkiem może być jedzenie na ulicy, które ma ustaloną cenę i wszelkie próby zbicia ceny uznawane są za ordynarne chamstwo. Negocjacje innych rzeczy Kolumbijczycy traktują bardziej jako pretekst do rozmowy i stymulację interakcji pomiędzy ludźmi. Działa. W Cali każde najdrobniejsze zakupy kończyły się co najmniej półgodzinną gawędką ze sprzedawcą, a bilet autobusowy do Medellín utargowałem za połowę ceny w oficjalnym stanowisku na dworcu autobusowym.

Kolejną zwiedzaną przeze mnie atrakcją był park świateł. Wielka betonowa płyta pełna wysokich, metalowych słupów na których znajduje się źródło światła. Oczywiście największe wrażenie robi w nocy, a cały Park ma raczej znaczenie symboliczne. Kiedyś plac ten był jednym z najmniej przyjemnych miejsc w mieście. Samej przestrzeni było dużo mniej, ze względu na wszechobecne wówczas baraki z blachy falistej oraz kartonowe obozowiska bezdomnych. Słyszałem rozmaite historie o niepojętej przestępczości jaka tam kwitła. Słyszałem o dwunasto-trzynasto-latkach wąchających klej i wyglądających jak zombie w tak młodym wieku. Słyszałem o tysiącach bezdomnych, którzy czasem umierali pośród tej sterty śmieci, a o fakcie ktokolwiek dowiadywał się jak ich zwłoki zaczęły za bardzo śmierdzieć. Samo centrum miasta.

Zamiana jednego z najgorszych miejsc w jedno z najlepszych to domena mieszkańców Medellín. Jest to skuteczny sposób na włączenie kolejnych, wstydliwych niegdyś obszarów miasta w żywą tkankę miejską. Pewna forma udowodnienia, że miasto można zmienić, nawet w tak beznadziejnym przypadku. Z najbardziej obskurnego placu w mieście zrobiono park świateł. Światło, nadzieja, i te sprawy. Obecnie jest tutaj bardzo spokojnie, a plac wypełniony jest młodzieżą. Na jednym z jego krańców wybudowano nowoczesną bibliotekę publiczną do której wstęp ma każdy. Założeniem postawienia otwartej skarbnicy wiedzy w takim miejscu jest zwiększenie świadomości świata pośród młodych Kolumbijczyków. Ambitnym celem jest również poszerzenie horyzontów, czy też zagwarantowanie innych, bardziej ambitnych rozrywek, aniżeli tańczenie salsy, picie rumu, czy wąchanie kleju. Zaplanowana zmiana mentalności. Budowanie nowej tożsamości od podstaw.

Park świateł nie jest odosobnionym przypadkiem. Nowy, atrakcyjny wizualnie i do tego pożyteczny społecznie obiekt postawiony w jednej z najbardziej obskurnych części miasta to specjalność architektów Nowego Medellín. W podobnym miejscu postawiono coś w stylu Centrum Nauki Kopernik. Jedna z ładniejszych bibliotek Kolumbii znajduje się na wzgórzu, gdzie kiedyś było naprawdę ostro. Generalna zasada odnośnie zamożności dzielnic w Medellín jest taka: „im wyżej, tym biedniej”. Biblioteka jest naprawdę wysoko. Podobnych bibliotek jest w mieście 10, wszystkie wybudowane w punktach zapalnych miasta, miejscach, których samo wspomnienie kilka lat temu przyprawiało o ciarki na plecach. Dzięki przemyślanej polityce oraz skutecznej realizacji śmiałych projektów społecznych takich miejsc jest w Medellín coraz mniej, a do miasta przybywa coraz więcej turystów i coraz więcej inwestycji.

Mnie na przykład zastanawiało dlaczego ci wszyscy Kolumbijczycy, a w szczególności Paisas są zawsze tacy radośni, pozytywnie nastawieni do życia.  Dlaczego wszyscy mieszkańcy tego kraju, których spotkałem w Ameryce Południowej, zawsze mówili, że ich kraj jest najlepszy na świecie. Poważnie? Kraj w którym kilka zamachów i morderstw dziennie to standard? Kraj z największym odsetkiem narkomanów, większą ilością nieletnich prostytutek niż znaków drogowych, kraj, który swojego czasu dostarczał połowę kokainy na światowy rynek? Kraj, gdzie każde dziecko ma kilku znajomych którzy niedawno zginęli z powodu wojny partyzanckiej, porachunków gangów, czy innej chorej opcji? Kraj, gdzie ksiądz liberał gwarantował z ambony, że nie jest grzechem zabicie konserwatysty? Gdzie wszystkie rany są tak świeże? Ciężko mi było pojąć, dlaczego Kolumbijczycy nie chodzą smutni, nie marudzą, i co najważniejsze, dlaczego mimo wszystko kochają swój kraj i nie chcą z niego wyjeżdżać.

Zbawiennymi cechami Kolumbijczyków okazały się ich zapominalskość i zdolność do cieszenia się z małych rzeczy. Żaden starzec wymieniający się co tydzień starociami na jednym z Kolumbijskich placów nie pamięta, że kilka lat temu ktoś rzucił tam granat i zginęło dziesięć osób. Drobnostka godna jak najszybszego zapomnienia. Przykład w skali krajowej? Pewnego miesiąca w Kolumbii wydarzyły się, między innymi, trzy wydarzenia. W pierwszej kolejności zamordowano trzech z czterech kandydatów na prezydenta kraju. Niemal w tym samym czasie seria zamachów terrorystycznych pozbawiła życia setek obywateli. Na dobitkę, wybuchł wulkan zabijając ponad 10 000 osób.

Kilka miesięcy po tej tragicznej serii wydarzeń reprezentacja Kolumbii remisuje w fazie grupowej Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej z reprezentacją Niemiec. 1:1. Opowieści o tamtej nocy urastają do miary legendy. Los uśmiechnął się wreszcie do Kolumbii. Ustały zamachy, ślepi zaczęli widzieć, a głusi słyszeć. Powszechna miłość zapanowała wśród obywateli. Świętować na ulicę wyszli dosłownie wszyscy. Rum lał się strumieniami. Można było odnieść wrażenie, że Kolumbia co najmniej wygrała Mundial. Ludzie dostawali wolne w pracy, premie, młode matki zaczęły nazywać dzieci imionami piłkarzy. Wszyscy świętowali, wszyscy się bawili, wszyscy byli tacy szczęśliwi, tacy beztroscy. Absolutnie nikt nie pamiętał o tak niedalekiej przeszłości.

Ostatnim miejscem, które odwiedziłem w Medellín był plac San Antonio. W zasadzie nie wiem czemu tam poszedłem. Jakiś tam kolejny plac z kościołem, który ktoś zaznaczył na darmowej mapce z informacji turystycznej. Plac był ogromny i pusty. Widać też było jakieś stare budynki z czerwonej cegły i scenę, chyba koncertową. Bez rewelacji. Moją uwagę przykuły jednak dwie rzeźby, na oko naszego lokalnego bohatera, Botero. Rzeźby prawie identyczne, obie przedstawiające pozornie tego samego ptaka. Pozornie, ponieważ jedna z nich lśniła nowością, a druga była podziurawiona.

Zapytałem przechadzającego się staruszka o co tu chodzi. Dowiedziałem się, że kilka lat temu odbył się w tym miejscu koncert rockowy na który tłumnie stawili się młodzi Kolumbijczycy. Okazało się, że ktoś umieścił w jedynej wtedy rzeźbie ładunek wybuchowy. W zamachu zginęło kilkanaście młodych ludzi. Po przeprowadzeniu dochodzenia i wszystkich uroczystości pogrzebowych, burmistrz miasta postanowił usunąć rzeźbę z przestrzeni publicznej i oddać ją na złom, żeby nie kuła w oczy w tym drażliwym miejscu.

W ostatniej chwili ktoś do niego zadzwonił, domagając się (ponoć używając subtelnych jak na Kolumbię gróźb), by rzeźba została na swoim miejscu. Oczywiście Botero. Zaproponował, że zrobi drugą, identyczną rzeźbę i obie będą stały na placu San Antonio. Tym razem, żeby pamiętać. Pamiętać, ale już o przeszłości, tej odległej przeszłości. Stara, zniszczona od wybuchu rzeźba ma przypominać o Medellín sprzed lat, ciężkie czasy które były, ale na pewno już nie wrócą. Natomiast nowa, dumny ptak z wypiętą piersią, to Medellín dzisiaj. Nowe Medellín.

.

Wszystkie artykuły z mojej kolumbijskiej wyprawy:

Kolumbia, bo Krzysztof – sympatyczne wprowadzenie
Costa Colombiana – opowieść o starych kolonialnych miastach i kulturze Tayrona
Bogota i Kolumbijskie Andy – ostatni odcinek wyprawy, dopełniający całość

.