Niedostępne góry Sierra Madre del Sur oraz tropikalne zakamarki wybrzeża stanu Oaxaca skrywały miejsca niezwykłe. Zachody słońca w San José del Pacífico na tle pofalowanych pasm górskich, które spokojnie opadały aż do Oceanu były prawdopodobnie najlepszym widokiem ostatnich lat. Naznaczona mistycznymi doświadczeniami oraz radosną, psychodeliczną kulturą Oaxaca momentami przypominała naturalnie powstałą utopię, gdzie życie leniwie płynęło w pełnej harmonii z kosmosem. Piękno przyrody, życzliwie otwarci ludzie oraz swoisty mikroklimat sprawiały, że w mikroświecie powstałym na prowincji Oaxaca oddychało się zupełnie innym powietrzem.


Sierra Madre del Sur

Na obrzeża stolicy Oaxaca dostałem się bez najmniejszego problemu i kilka chwil po świcie łapałem już stopa na rozwidleniu pomiędzy dwoma drogami stanowymi, z których obie prowadziły na południe. Po około trzech minutach łatwego wymachiwania kciukiem zatrzymał się mocno zdezelowany pickup z podejrzliwym kierowcą, który po kilkunastu sekundach rozmowy zdecydował się mnie zabrać aż do miejsca docelowego: San José del Pacífico. Rozpoczęła się wyprawa wgłąb skąpo zamieszkanych, mistycznych pasm górskich Sierra Madre del Sur stanu Oaxaca.

Allan oryginalnie pochodził z Hondurasu. Wraz z całym rodzeństwem i rodzicami przeprowadzili się do stolicy Oaxaca kilkanaście lat temu. Jakiś miesiąc przed naszym spotkaniem wziął autostopowicza, który okazał się współpracować z przydrożnymi bandytami. Mojemu kompanowi zrabowano samochód i zostawiono go dosłownie w samych skarpetkach tak, aby nie mógł szybko zawiadomić odpowiednich służb o kradzieży. Przyznał, że zdarzenie było głównym powodem jego nieufności i od tego czasu raczej niechętnie brał autostopowiczów. Pomimo zorganizowaniu mieszkańców przydrożnych miejscowości, ich zdolności do odzyskania skradzionych pojazdów oraz bezwzględnym linczowaniu wszelkiego rodzaju przestępców, zbrojne napady i kradzieże aut „na autostopowicza” zdarzały się relatywnie często na tej trasie.

Praca Allana polegała na rozwożeniu rdzennej ludności Sierra Madre de Oaxaca do pracy w szklarniach i na plantacjach rozsianych po całym stanie. Honduraszczyk bardzo lubił i szanował swoją pracę, która dała mu możliwość dogłębnego zwiedzenia Oaxaca i poznania wspaniałych ludzi z najróżniejszych, odizolowanych od świata grup etnicznych. Wdzięczni pracownicy nieraz zapraszali go na prawdziwe uczty przy plemiennym ognisku, gdzie głównym daniem był cały, pieczony jeleń. Zabierano go do przepięknych, świętych miejsc prekolumbijskiego kultu, o których istnieniu widziała garstka ludzi na Ziemi. Miał sposobność uczestniczenia w ceremonii Peyotl z szamanami, którzy trudnili się tym od zarania dziejów i nierzadko też dostawał mistyczne podarki o specjalnych właściwościach. Żadna z tych rzeczy nie równała się jednak z uśmiechem wdzięcznych, poczciwych ludzi prowincji, którzy po przełamaniu pierwszych lodów traktowali Allana jak pełnoprawnego członka grupy.

Po godzinie jazdy przez wypalone słońcem wzgórza Oaxaca, dojechaliśmy do podnóży masywnego pasma górskiego Sierra Madre del Sur. Będące bogatym ośrodkiem przemysłu drzewnego Miahuatlán było ostatnim miastem Dolin Centralnych. Jodły nazywano tam „zielonym złotem”. Gdzieś na wyjeździe z miasta minął nas pędzący konwój pięciu pancernych pojazdów wojskowych, który najprawdopodobniej transportował nowych lokatorów słynnego, lokalnego więzienia, które wybudowane było jeszcze w czasach Porfiriatu i do którego obecnie trafiali najgroźniejsi przestępcy Meksyku. Na czas transportu odcinano zasięg telefoniczny oraz Internet w całym regionie, by uniemożliwić komunikację rzezimieszkom próbującym odbić swoich kompanów.

Dalej za Miahuatlán były już tylko masywne góry porośnięte lasami iglastymi, a za nimi tropikalne wybrzeże z niewielkim pasmem dżungli. W klasyczny na południa Meksyku sposób, droga od razu zaczęła się intensywnie piąć serpentynami pod górę. Po kilkunastu minutach byliśmy naprawdę wysoko; Miahuatlán zaczęło się gdzieś tam zlewać z otoczeniem. Z każdą minutą czuć było coraz większą jodłową świeżość coraz chłodniejszego powietrza. Przemiana była nagła, niespodziewana i nadzwyczaj orzeźwiająca. Gdzieś w powietrzu czuć było zew kolejnej nadchodzącej przygody w kolejnym regionie Republiki.

San José del Pacífico

Tuż przed naszym rozstaniem, Allan zaprosił mnie do swojego domu w stolicy Oaxaca i podarował mi pióro z ogona wiewiórki na szczęście. Wychodząc na chłodne pobocze obiecałem, że kiedyś się jeszcze spotkamy. Centrum handlowo-turystyczne San José del Pacífico leżało wzdłuż jednego z niewielu prostych odcinków tej górskiej drogi krajowej biegnącej z Dolin Centralnych aż nad wybrzeże. Po prawej stronie znajdował się jeden rząd restauracji i hoteli postawionych tuż nad przepaścią, a po lewej stronie jezdni miejscowość rozrastała się w górę stromego stoku. Populacja osady nie przekraczała dwustu osób.

Podążając za rekomendacjami wszystkich moich hostów, zdecydowałem się zatrzymać w kompleksie domków La Cumbre, który położony był na skraju miasteczka, w najwyższym jego punkcie. Nie było WiFi, ani ciepłej wody. Plotki głosiły, że żaden z podróżnych nigdy jeszcze nie wziął prysznica w San José del Pacífico. Główną zaletą La Cumbre był rozpościerający się widok na całą osadę i Sierra Madre del Sur. Pomimo niecałych stu kilometrów odległości, w przejrzysty dzień można było dostrzec mieniące się wody Pacyfiku. Schodziły do niego coraz niższe, kolejne pasma górskie, które swoim pofałdowaniem przypominały dzikie fale oceanu. Na tym tle widok zachodzącej ognistej kuli i cała gra świateł z granicy dnia i nocy były absolutnie spektakularne i same w sobie mogły być wystarczającym powodem do odwiedzenia Meksyku.

Na przestrzeni dosłownie kilku ostatnich lat San José del Pacífico zaczęło mocno zadomawiać się na mapie turystycznej Oaxaca. Zagranicznych przybyszy przybywało z roku na rok, a głównym powodem wizyty były przeważnie wysokiej jakości, magiczne grzyby oraz możliwość ich nieskrępowanej konsumpcji na łonie wspaniałej natury w tolerancyjnym środowisku. Psychodeliczna kultura była zarzewiem turystycznej egzystencji osady oraz utrzymywała się jej głównym atutem marketingowym. Jeden ze wspanialszych zachodów słońca w tej części globu, przyzwoite warsztaty z rękodziełami, najlepszy tatuażysta w Oaxaca oraz krystalicznie czyste powietrze były tylko skromnym dodatkiem do najważniejszego punktu programu.

Temat był jak najbardziej otwarty i od pierwszych chwil nie mogłem mieć żadnych wątpliwości z czego żyje miasteczko. Wiele budynków ozdobionych było mocno psychodelicznymi malunkami, a grzyby oferowano na każdym kroku: w warzywniaku, podczas pytania o cenę noclegu, czy wchodząc do temazcal. Wszyscy lokalni mieszkańcy doskonale wiedzieli dlaczego przyjeżdżali turyści i na każdym kroku pytali, czy zdążyłem już kupić grzyby i marihuanę na czas mojego pobytu. Dominowało słuszne przekonanie, że każdy odwiedzający mieścinę przybysz z pewnością czegoś będzie potrzebował. Jakiekolwiek wspomnienie miasteczka podczas dalszych meksykańskich wojaży zawsze kończyło się dokładnie tym samym pytaniem i przełamaniem jakichkolwiek niepotrzebnych lodów.

Sezon grzybów pokrywał się z meksykańską porą deszczową i dobiegł końca na około miesiąc przed moim przyjazdem. Poza sezonem serwowano produkty zakonserwowane w miodzie, które wedle starej, indiańskiej receptury miały nie tracić na mocy. Niemniej jednak, zbyt intensywny napływ turystów sprawił, że okoliczne lasy zostały przetrzebione, a kapeluszowe złoto zaczęło się kończyć. Zachęceni szybkim zarobkiem mieszkańcy zaczęli zbierać niedojrzałe grzyby przed czasem przycinając je przy tym byle jak, co prowadziło do coraz trudniejszej regeneracji zasobów. Niezrównoważony rozwój San José del Pacífico przyczynił się spadku jakości oraz ilości dostępnych substancji psychodelicznych.

Pomimo zachwycających opinii sprzed lat, żaden z poznanych przeze mnie podróżników w miasteczku nie był w pełni zadowolony ze swojej podróży. Zaczynało być widać wyraźne symptomy konieczności wprowadzenia bardziej zrównoważonej polityki, która pozwoliłaby zregenerować zasoby naturalne i uchronić miasteczko przed zapomnieniem. W przeciwnym wypadku, San José del Pacífico mógł spotkać podobny los co Huautla de Jiménez, bliźniaczej miejscowości położonej w górach na dalekiej północy stanu Oaxaca, którą w czasach świetności odwiedzał, między innymi, John Lennon i której świetność przyćmiły konflikty lokalnych społeczności oraz niedobór substancji psychoaktywnych. Po kilkunastu latach, nagle i niespodziewanie Huautla de Jiménez niemal całkowicie zniknęła z turystycznej mapy Meksyku.

Większość identycznie myślących zachodnich turystów przyjeżdżała do miejscowości z samego rana i po szybkim zorganizowaniu wszystkich niezbędnych rzeczy udawała się na spacer jednym z dwóch nieoznaczonych szlaków po lesie, lub tępo obserwowała górskie fale nie schodząc przez cały dzień z jednego hamaka na wspólnym tarasie widokowym w La Cumbre. W miejscu tym rozmawiano o wszystkim, żartowano ze wszystkiego i palono wszystko co było pod ręką. Po jednym dniu alternatywnego, hipisowskiego życia większość z nich wracała nazajutrz do stolicy Oaxaca, lub na tropikalne wybrzeże. Mniej więcej trzy godziny drogi w każdą ze stron.

Jednym z ciekawszych doświadczeń w San José del Pacífico była ceremonia temazcal, w której zdecydowałem się uczestniczyć przedostatniego dnia mojego pobytu w osadzie. Sam temazcal to ogrzewana drewnem i gorącymi kamieniami ziemianka, która pełniła rolę prekolumbijskiej sauny. Po ustaleniu ceny i odrzuceniu propozycji pakietu z grzybami, wraz z dwoma Hiszpanami zostaliśmy okadzeni magicznymi ziołami i zostawieni sami sobie w ciasnej, przyjemnie zadymionej przestrzeni. Po pół godziny przyniesiono nam kubełki z miodem pitnym, który mieliśmy wetrzeć w całe ciało i pozostać w ziemiance przez kolejne pół godziny. Kąpiel w letniej herbacie ziołowej była ostatnim elementem ceremonii, która działała odświeżająco i była przyjemną alternatywą do lodowatego prysznica.

W trakcie mojego pobytu w miasteczku poznałem też nieoznakowane szlaki górskie i tylko dzięki skręcaniu za każdym razem w prawo, a w drodze powrotnej w lewo udało mi się cało wrócić do La Cumbre. Zaznajomiłem się z kilkoma lokalnymi mieszkańcami, nawiązałem kontakt z kilkoma ciekawszymi podróżnikami. Zagłębiłem się w całą otoczkę psychodelicznej sztuki i znałem już na pamięć wszystkie murale. Po dwóch pełnych dniach spędzonych w San José del Pacífico poznałem absolutnie wszystko, co było w miasteczku do poznania i nawet najwspanialsze zachody słońca na świecie nie były wstanie powstrzymać mnie przed wyruszeniem dalej.

Hippie-chic

W dniu wyjazdu wstałem na kilka minut przed świtem. Pomimo dającego się we znaki, górskiego mrozu zdołałem wyczołgać się na wspólny taras i na jednym z hamaków oczekiwałem wschodu słońca. Chwilę później przypadkowo dołączył do mnie Hiszpan, którego poznałem dzień wcześniej w tych samych okolicznościach.

Historia Pedro była nieco inna niż większości spotykanych w Meksyku europejskich podróżników. Blisko dwa lata temu niespodziewanie zadzwonił do niego menedżer pola golfowego w Playa del Carmen i zaoferował mu pracę. Warunki finansowe były na tyle atrakcyjne, że Pedro zdecydował się opuścić rodzinną Andaluzję, wyrzucić kupiony wcześniej bilet na podróż do Azji i spontanicznie zamieszkać w jednej z częściej odwiedzanych miejscowości Meksyku. Do turystów był przyzwyczajony i zmiana przyszła mu naturalnie. Sam pochodził z Marbella, która po okresie popularności wśród gwiazd Hollywood płynnie przerodziła się w ulubioną destynację wakacyjną dla arabskich szejków.

Bycie obrotnym młodzieńcem w Marbella wiązało się z licznymi korzyściami. Praktycznie każda praca dorywcza w sezonie wystarczyła na rok spokojnego życia na zachodzie Europy, a Pedro był przekonany, że nigdzie nie można zarobić tak dużych pieniędzy w tak krótkim czasie. Jego ulubioną opcją była praca jako prywatny szofer bogatych rodzin arabskich. Za kilka kursów dziennie pod wpływem konopi płacono mniej więcej trzy tysiące euro i drugie tyle dawano z napiwków. Dodatkowym plusem była możliwość użytkowania luksusowych aut po godzinach pracy, nieograniczone tankowanie aut wszystkim znajomym na rachunek firmy oraz nietykalność na drodze. Wszystkie samochody Pałacu obsługującego najbogatsze rodziny arabskie jeździły na niemieckich rejestracjach, a lokalna policja tylko raz w całej historii miasta przypadkowo zatrzymała takowe auto do kontroli. Po wytłumaczeniu, że znajdujące się w bagażniku miękkie i twarde narkotyki były na zamówienie konkretnego szejka, policjanci opamiętali się i tylko życzyli koledze Pedra szerokiej drogi.

Po dwóch minutach rozmowy Hiszpan przekonał mnie na porannego mariachi z kawą i szybkim śniadaniem w barze kompleksu La Cumbre. Ponieważ jechaliśmy w to samo miejsce, postanowił po raz pierwszy raz w życiu spróbować autostopowej przygody. Po około godzinie leniwej gawędki w świetle wschodzącego słońca, znaleźliśmy się przy drodze krajowej biegnącej na wybrzeże.

Ruch na drodze był naprawdę znikomy, a wydostanie się z San José del Pacífico okazało się być znacznie trudniejsze niż planowaliśmy. Podczas czterogodzinnego machania kciukiem przy drodze, przejechało nie więcej niż dziesięć prywatnych samochodów. Trzy razy zmienialiśmy napis na autostopowym kartonie, dwa razy poszliśmy zjeść do przydrożnej knajpy, a w międzyczasie zdążyliśmy obejrzeć też studio najlepszego tatuażysty w Oaxaca. Ilości spalonych mariachi nawet nie liczyłem. Widzieliśmy przybyłych poprzedniego dnia turystów, którzy od rana szwendali się z psychodelicznym uśmiechem na twarzy oraz informowaliśmy nowo przybyłych o miasteczkowych realiach.

W ciągu czterech godzin zdążyliśmy przeanalizować sytuację turystyczną osady. Pomimo, że wzmożony ruch zachodnich turystów zdecydowanie przytłaczał chwilowe możliwości San José del Pacífico to położenie w niedostępnych górach pozwoli utrzymać sytuację w ryzach, a osada zdoła zachować modną atmosferę hippie-chic. Usytuowanie miasteczka w równej odległości niecałych trzech godzin jazdy pomiędzy centrum kulturalnym stolicy Oaxaca, a najlepszymi plażami dzikiego Pacyfiku zawsze będzie nadawało okazję do odwiedzenia San José del Pacífico, nawet tylko przejazdem. Legendarne zachody Słońca z widokiem na fale opadających gór zawsze będą wspaniałe, powietrze czyste, a w zdominowanym przez narkotykowe kartele kraju bez trudu znajdzie się chętny na zaopatrzenie osady w kończące się grzyby.

Zgodnie postanowiliśmy diagnozę, że prawdopodobnie pieniądze z turystyki w taki, czy inny sposób rozwiążą chwilowe problemy miasteczka. Prawdopodobnie San José del Pacífico stanie się za kilka lat zupełnie nie do poznania, a my będziemy jeszcze sobie pluli w brodę, że nie zainwestowaliśmy jakkolwiek w osadzie. Miasteczko było skazane na sukces i żadna inwestycja nie miała tam prawa nie wypalić, a miasteczko wkrótce będzie przeżywało równie dynamiczny rozkwit jak Zakopane w drugiej połowie XIX wieku, czy jak Marbella w latach 60-tych. Osada będzie na szczycie pod każdym względem, a niepohamowany impet stworzy popyt na jakiekolwiek usługi związane z turystyką.

W pewnym momencie zatrzymało się auto, a jadący do Puerto Escondido dżentelmeni zdecydowali się podrzucić nas do Pochutla, która była pierwszym miastem tuż za górami. Nasi nowi kompani byli nauczycielami, którzy pracowali tylko i wyłącznie w terenie. Niemal codziennie wybierali się do nowego zakątka Oaxaca by nauczać nastolatków gdzieś w najbardziej odległych i zapomnianych społeczności stanu. Zawód obwoźnego nauczyciela wydawał mi się wcześniej wymarły, a organizacja edukacji na szczeblu stanowym przypominała trochę poprzedni wiek.

Rodrigo i Juan byli otwartymi na świat ludźmi i gdzieś na samym początku wyprawy zapytali nas czy paliliśmy konopie i czy nie mieliśmy ochoty na piwo. Chwilę później kupili w przydrożnym sklepie dwa szcześciopaki i w podchmielonej atmosferze podziwialiśmy wspaniałą Sierra Madre del Sur i rozmawialiśmy o codziennym życiu na południu Meksyku. Po trzech godzinach jazdy i zmienieniu przebitej gdzieś po drodze opony dotarliśmy do Pochutla, która była pierwszym tropikalnym przystankiem tej wyprawy.

Po wypłaceniu pieniędzy oraz szybkim przekąszeniu czegoś niezdrowego zdecydowaliśmy się pokonać ostatnie 30 kilometrów do Zipolite transportem publicznym w postaci zaadoptowanego na te cele pickupa. Poza przymocowaniem dwóch drewnianych ławek na pace, zamontowano również stalową obudowę całego pojazdu, co pozwoliło na zwiększenie pojemności do około 20 osób. Osobom które się nie zmieściły na ławkach pozostawało stanie na tylnym zderzaku i mocne trzymanie się obudowy, będąc jednocześnie gdzieś poza autem. Po trzydziestu minutach mrocznej drogi przez agresywnie wdzierającą się na drogę dżunglę, dotarliśmy do Zipolite.

Zipolite

Zatrzymaliśmy się w prawdopodobnie najtańszym hostelu na całym wybrzeżu. Lokum prowadzone było przez Francuzkę z synem i pomimo zatrważająco niskiej ceny, wygodne łóżka były wyposażone w moskitiery, w kuchni znajdował się cały niezbędny ekwipunek, a wspólna sala z hamakami sprzyjała integracji i wytworzeniu się niemal rodzinnej atmosfery pomiędzy podróżnikami.

Miejsce zamieszkane było przede wszystkim przez permanentnych nomadów, których głównym źródłem utrzymania podczas wiecznej podróży był wyrób rękodzieł, przeważnie bransoletek i naszyjników. Byli oni osią towarzyską miejsca, jego patronami i opiekunami. Część z nich znała się między sobą z podobnych miejsc na hipisowskiej mapie Meksyku. Niektórzy kiedyś wspólnie ze sobą podróżowali przez jakiś czas, by później znowu się rozdzielić i ponownie spotkać niespodziewanie na drugim krańcu Republiki. Wszyscy mieli dziesiątki wspólnych znajomych rozsianych po całej Ameryce Łacińskiej.

Nomadzi całymi dniami ukrywali się przed palącym słońcem przy ogromnym stole wspólnej przestrzeni na świeżym powietrzu. Wspólnie gawędzili, palili konopie, gotowali i niestrudzenie wytwarzali rękodzieła. Wieczorami wychodzili razem na jedyną w Zipolite drogę i zawsze rozkładali swoje stragany obok siebie. Paląc, pijąc, i grając na instrumentach poznawali leniwie szwendających się ludzi i rozmaitymi technikami wspomagali siebie nawzajem w sprzedaży. W nocy przeważnie imprezowali, rozmawiali do świtu i gdzieś w między czasie zdarzało im się znaleźć chwilę na sen. Ich życie było piękną, prawdziwą przygodą, gdzie plany nigdy nie wykraczały dalej niż dwa dni do przodu.

Pomimo, że w Zipolite znajdowała się jedyna meksykańska plaża nudystów, miejsce zdołało zachować alternatywny klimat hipisowskiej osady. Było magiczne i podobało mi się od samego początku. Autentyczny charakter należało zawdzięczać przede wszystkim położonemu dwa kilometry dalej Mazunte, które założone zostało w momencie odkrywania stanu Oaxaca przez światowe przewodniki i skutecznie wchłonęło napływ hipsterów z miasta, którzy chcieli posmakować hipisowskiego życia przez dwa dni w sterylnych warunkach lśniących pensjonatów, stylizowanych eco restauracji z zachodnim kapitałem, logo Tripadvisor na każdym budynku i nieuniknionego fałszu ciągnącego się za kulturą turystyki hippie-chic.

Poza Mazunte i Zipolite, w najbliższej okolicy znajdowały się jeszcze przynajmniej trzy atrakcyjne turystycznie miejscowości, z których każda miała trochę inny profil i grupę docelową. Najbardziej na zachód leżało Puerto Escondido. Będąca perłą Meksyku plaża Zicatela słynęła ze światowej jakości, wysokich fali i skutecznie przyciągała wszystkich surferów do miasta. Położone na wschodzie Puerto Angel oraz Zatoki Huatulco celowały głównie w zamożnych, starszych turystów różnego kalibru. Do Zipolite trafiali tylko Ci, którzy dokładnie tam chcieli trafić.

Poza tworzoną przez ludzi atmosferą, mocną stroną Zipolite były szerokie piaszczyste plaże otoczone urokliwymi formami skalnymi oraz przyozdabiane każdego wieczoru pięknymi zachodami słońca. Ocen był ciepły i przyjemny. Już od pierwszego dnia upały wprowadziły mnie w leniwy tryb życia ludzi wybrzeża, który utrzymał się przez kolejny tydzień bezczynnego pobytu w osadzie. Przypadkowe myśli i rozmowy z przypadkowymi osobami płynnie przechodziły z wątku do wątku i do niczego nie prowadziły. Nie były też powiązane niczym innym, jak tylko przypadkiem, zawiłą i niezrozumiałą drogą przepalonych słońcem i lenistwem neuronów. Nic nie miało znaczenia, czas się zatrzymał i przestał jakkolwiek liczyć. W pewnym momencie życie zwyczajnie zaczęło płynąć niczym dzika rzeka rozlana gdzieś na nizinach, a jedyną pewno rzeczą był zachód słońca. Gdyby nie resztki świadomości nowoczesnego, miejskiego zwierza oraz uzależnienie od dalszej drogi, prawdopodobnie wsiąknąłbym w to wybrzeże na zawsze.

Jak na każdej tropikalnej plaży świata, w Zipolite znalazło się też kilku podróżników, którzy kiedyś w tym miejscu zwyczajnie zrzucili plecak i przestali czegokolwiek więcej szukać. Przeważnie historie oraz idee były z początku piękne, ale znaczna część z nich nie znalazła w tym czasie poważniejszego zajęcia i przestała szukać kontaktu z zewnętrznym światem, gdzieś poza wybrzeżem. Na dłuższą metę wariowali przez klimat i sielankową atmosferę raju. Popadali w obłęd i alkoholizm. W obliczu wiecznego upału i braku motywacji do podjęcia jakichkolwiek bardziej skomplikowanych przedsięwzięć było to prawdopodobnie jedyne logiczne następstwo. Plaża była jak narkotyk, który z początku powodował euforię i chwilowo gwarantował dobre samopoczucie, by na dłuższą metę wyssać energię do zrobienia czegokolwiek. Jedynym modelem, który zdawał się jakkolwiek dobrze funkcjonować było spędzanie zimy na wybrzeżu, a lata gdzieś w Europie, lub na północy Republiki.

W Oaxaca widać było wielu osiedlających się sezonowo Włochów, którzy w tradycyjny dla siebie sposób otwierali restauracje i całkiem przyzwoicie z tego żyli. Coraz bardziej zaczęło mi się wydawać, że w przeciwieństwie do większości europejskich nacji, celem włoskiego narodu nie było podróżowanie, lecz tworzenie lokalnych społeczności i zżywanie się z pięknymi miejscami na krańcu świata. Nigdy nie byłem do końca pewien, czy obiekty gastronomiczne otwierane były dla turystów, czy tylko na wypadek, gdyby kiedyś przypadkiem trafił się strudzony lokalnym jedzeniem włoski podróżnik. Ekskluzywna włoska restauracja znajdowała się nawet w liczącym dwustu mieszkańców San José del Pacífico, a w Zipolite było ich kilka.

Życie nocne w Zipolite kręciło się obok jedynego w miasteczku deptaka oraz podzielonej na kilka niezależnych części plaży. Główna impreza rozgrywała się w okolicy sporego beach baru, gdzie kultowi barmani tworzyli niesamowitą atmosferę radosnej zabawy wybrzeża. Sprzedawane na sztuki papierosy palili wszyscy, tak samo jak wszyscy mocno się upijali laną strumieniami tequilą. Gdzieś na obrzeżach alkoholowej imprezy rozpościerała się sfera handlu narkotykami, by płynnie przejść w mniej tłoczne imprezy transowe. Gdzieś po plaży rozrzucone były też grupki młodzieży palącej ogniska i śpiewającej w rytm gitary oraz pary, które kosztowały przelotnej miłości nad Pacyfikiem.

W Zipolite uwielbiałem przede wszystkim klimat autentycznej, hipisowskiej osady, położonej gdzieś na tropikalnym wybrzeżu dzikiego stanu Oaxaca. Uwielbiałem wspaniałą plażę ze wspaniałymi zachodami słońca i uwielbiałem też otwartych ludzi, którzy tworzyli szczerze przyjazną atmosferę. Pokochałem Zipolite, które stało się dla mnie ulubionym skrawkiem plaży na świecie.

Istmo

Punkt docelowy w Chiapa de Corzo był odległy o jakieś 500 kilometrów od Zipolite. Prowadząca wzdłuż całego wybrzeża droga miała okazać się nieprzeciętnie kiepskiej jakości, a górzyste jezdnie Chiapas cieszyły się jeszcze gorszą sławą. Mapy wskazywały, że trasa była do pokonania w dziewięć godzin nieprzerwanej jazdy; nie uwzględniając postojów, czasu spędzonego na machaniu kciukiem i ewentualnych pieszych wędrówek na dogodniejszy punkt autostopowy. Ze wszystkich znanych mi podróżników, tylko Criz pokonała tę szaloną trasę przez Istmo. Zajęło jej to dwa pełne dni.

Po ostatnim spojrzeniu na Pacyfik o wschodzie słońca, zaskakująco szybko udało mi się wydostać z Zipolite i po dwudziestu minutach byłem już na sporym skrzyżowaniu dróg stanowych zaraz przed Pochutla. Na miejscu okazało się, że pobocze było w całości zastawione przed odpoczywających wiernych, którzy na kilka dni przed przed największym, świętem narodowym ku czci Virgen de Guadalupe biegli trzymając płonące pochodnie z bazyliki w stolicy Meksyku aż do swoich parafii. Przypominało to coś pomiędzy katolicką sztafetą, a zabawą w utrzymanie płonącego znicza przed igrzyskami. Biegacze zmieniali się co jakiś czas i byli eskortowani przez zdezelowane pickupy, na których członkowie ekipy odpoczywali przed swoją kolejką przy akompaniamencie głośnej muzyki i ogólnej radości. Widok zablokowanych przez sztafetę dróg był całkiem komiczny i niestety miał towarzyszyć mi jeszcze przez najbliższe dwa tygodnie tułaczki.

Po półgodzinnym odpoczynku, wierni zgrabnie zwolnili skrzyżowanie i po niecałych pięciu minutach wskoczyłem bez słowa na pakę pickupa jadącego aż do kolejnego większego rozwidlenia dróg w Huatulco. Okazało się ono całkowicie opustoszałe i w pocie czoła, na rozgrzanym do czerwoności asfalcie, przyszło mi czekać około godziny, po czym zostałem zgarnięty przez grupę wesołych instruktorów nurkowania, którzy ochoczo żartowali ze wszystkiego na pace nowiutkiego pickupa. Na kolejnym postoju zjadłem kilka pysznych tacos w przydrożnej budzie. Był to mój pierwszy i ostatni posiłek tego dnia. W tym momencie zdałem sobie sprawę, że by zdążyć przed zmrokiem, powinienem był znaleźć się w tym miejscu jakieś dwie godziny wcześniej.

Po dwudziestu minutach machania kciukiem w pełnym słońcu, zatrzymało się auto, którego radosny kierowca po czterdziestce zaoferował mi podwózkę do Juchitán de Zaragoza – miasta, które leżało w samym sercu konfliktowego regionu Istmo. Okazało się, że za młodu Juan też był całkiem niezłym podróżnikiem. W wieku dwudziestu lat wybrał się z piątką znajomych na pieszą wyprawę wzdłuż całego wybrzeża stanu Oaxaca. Wzięli ze sobą tylko kubełki na wodę, kilka noży i przynętę do łapania ryb. Przez kilkanaście dni spali pod gołym niebem, szukali świeżej wody pitnej, żywili się złowionymi rybami, upolowanymi zającami, czy zerwanymi kaktusami. Przeżyli. Kilka lat później na praktykach w wojsku, gdy nie chciano mu dać przepustki z jednostki, wydostawał się na noc do miasta wskakując do pociągów z zaopatrzeniem i zawsze wracał tą samą metodą.

Najbardziej spektakularnych przygód doświadczył jednak już podczas kariery zawodowej jako profesjonalny strażak lotniskowy. Gdzieś na tyłach hangarów pokazywał pilotom swoją legitymację i pytał, czy nie chcieliby go podrzucić samolotem na drugi koniec Republiki. Przeważnie lotnicy bez trudu go zabierali, gdyż mieli ogromne zaufanie i żywili nieskończony szacunek do profesji mojego kompana. Każdego weekendu i w każde możliwe święto Julio zwiedzał w ten sposób Meksyk i prawie zawsze udawało mu się wrócić do pracy na czas. Jedyną przeszkodą były rzadkie okazje, gdy nikt akurat nie leciał w tym samym kierunku.

Do Juchitán de Zaragoza dotarliśmy na jakieś dwie godziny przed zachodem słońca. Już na pierwszy rzut oka wydawało się ono być jednym z dziwniejszych miast tej części świata. W samym centrum, tuż obok względnie prezentującej się, nowej galerii handlowej, stały konne wozy pełniące rolę taksówek. Zaraz za nimi dogorywała szpetna i na wpół zniszczona elektrownia z zeszłego stulecia. Wszystkie trzęsienia ziemi, z dwoma wrześniowymi na czele, najmocniej uderzały właśnie w Juchitán. Miasto było nieustannie niszczone i tylko czasami odbudowywane. Gdzieś pomiędzy wiecznym gruzowiskiem i rozkładającą się tkanką miejską Meksykanie wiedli spokojne, niczym niezmącone życie.

Przejście przez naznaczone tragedią miasto zajęło mi jakieś 20 minut. Kolejnych pięć łapałem stopa tuż za przejazdem kolejowym. Kierowca, który zdecydował się mnie zabrać mówił, tak cicho, że pomimo intensywnego nachylania się w jego stronę, dosłyszałem tylko połowę jego opowieści. Gdy przejeżdżaliśmy przez majestatycznie pokryte tysiącami wiatraków wzgórza La Ventosa opowiadał o niedoli lokalnej ludności i o tym, jak kiedyś przyjechali do regionu Hiszpanie i nie zważając na nic po prostu zaczęli budować wiatraki. Lokalni rolnicy, który nie zgodzili się sprzedać ziemi swoich przodków za grosze przeważnie kończyli w plastikowych workach. System kolonialny Meksyku trzymał się dobrze, a ekonomia rosła kosztem narodu.

Gabriel wyrzucił mnie na drodze krajowej, gdzieś przy jakimś miasteczku, które z oddali wyglądało tak, jakby większość tych worków znajdowano właśnie tam. Na szczęście już chwilę później złapałem podwózkę do miejscowości położonej kilka kilometrów za granicę stanową. Tam, ze względu na zapadającą noc i brak namiotu, zdecydowałem się awaryjnie złapać ostatni tego dnia autobus, który jechał do pierwszego większego miasta. Pojazd wlókł się niesamowicie, a ja po całym dniu na drodze dojechałem w okolicach 11-stej do Arriaga. Trasa okazała się dokładnie tak ciężka i wymagająca, jak wyglądała, a pokonanie jej w jeden dzień było prawdopodobnie niewykonalne. Nie miało to już absolutnie żadnego znaczenia, gdyż z półrocznym opóźnieniem udało mi się wreszcie dostać do Chiapas.

Przygody miały miejsce na przełomie listopada i grudnia 2017
Spisano w kwietniu 2018 w Atenach
.
Tuan
.

Garstkę najważniejszych porad na temat podróżowania po Republice zebrałem w linku poniżej :)
MEKSYK INFORMACJE PRAKTYCZNE 2018

.