Tuan de Paso

Blog Podróżniczy | Relacje z Autostopowych Wypraw

Menu Close

Sancti Spiritus

Eksploracja prowincji Sancti Spiritus była nieuporządkowana, niekontrolowana i pełna zbiegów okoliczności. Po Trinidadzie i Playa Ancon, wyruszyłem autostopem w odizolowane góry Escambray. Po drodze poznałem M, który zaprosił mnie do swojej miejscowości, leżącej kilka kilometrów na zachód od Trinidadu. Tym sposobem, zupełnie przypadkowo miałem przyjemność poznania kubańskiej wsi w Manaca Iznaga.

Playa Ancon

Początkowo planowałem przebiec w ramach treningu 10-kilometrowy dystans dzielący Trinidad od morza. Niemniej jednak po drodze zauważyłem zaparkowany autokar z napisem “Playa Ancon”. Zagadałem do starszego kierowcy w koszuli stojącego obok. Dziadek okazał się być właścicielem autokaru i tym samym właścicielem jedynej firmy obsługującej pasażerów na trasie Trinidad – Playa Ancon. Wodzirejskim stylem weterana wojennego opowiedział mi niedługą historię swojego sukcesu, która sprowadzała się do kupienia starego Volkswagena w 2001 roku i wyeliminowania całej konkurencji. Z szacunku i lenistwa kupiłem bilet i pojechałem autokarem.

Moje wrażenia z pobytu na “najlepszej plaży w Sancti Spiritus” były mieszane. Z jednej strony zachwycałem się złocistym piaskiem i prawie czystym Morzem Karaibskim. Z drugiej, trochę gryzł mnie w oczy betonowy blok postawiony kilkanaście metrów od morza. Obraz czegoś, co w zasadzie kiedyś było fajne, lub kiedyś miało jakiś potencjał, ale zaniedbanie i bezguście przy planowaniu przestrzeni pozbawiły krajobraz jakiejkolwiek formy. Po dwóch godzinach taplania się w glonach, zacząłem uświadamiać sobie że na Kubie zawsze wszystko jest “prawie”: prawie rajska plaża, prawie spokój, prawie komunizm, prawie jedzenie, prawie…

Autostop

Pragnąłem szybkiej ucieczki od cywilizacji i turystycznego zgiełku. Byłem zdeterminowany. Za cel postawiłem sobie dotarcie do Topes de Collantes – odizolowanej od świata mieściny znajdującej się w górach Escambray, 20 kilometrów od Trinidadu. Po powrocie do mieszkania w kolonialnej perle, szybko się spakowałem i niemal wybiegłem z mieszkania. Gdzieś w przelocie zapłaciłem za nocleg i dowiedziałem się, że istniało coś takiego jak ciężarówki dowożące pracowników do pensjonatu w górach.

Idąc w kierunku wylotówki z miasta, pytałem każdego napotkanego lokalsa jak dostać się do Topes de Collantes. Tym razem nie zakładałem, że dowiem się czegokolwiek. Liczyłem się z tym, że prawdopodobnie skończy się jednoczesną próbą łapania stopa i mozolną wspinaczką na wzgórza z kilkunasto kilogramowym plecakiem. Wręcz cieszyłem się na myśl o samotnej wędrówce i nocowaniu w namiocie gdzieś w połowie drogi. Cierpliwie tłumaczyłem każdemu taksówkarzowi z osobna, że podróżuję ze skromnym budżetem, że nie zapłacę i że liczę się z tym, że nigdy nie dotrę do celu.

Nagle coś się zmieniło. Zmiana mojej dotychczasowej postawy przyniosła nieoczekiwane rezultaty. Przeważnie niezbyt uprzejmi taksówkarze zaczęli wykazywać trochę więcej empatii, ba!, zaczęli nawet dawać sensowne porady. Olśniło mnie. Wynalazłem koło na nowo, odkryłem Amerykę i drogę do Indii za jednym razem. Okazało się, że bycie leniwym, ospałym i wyzbycie się wszelkich oczekiwań jest na Kubie najwyższą niemal wartością. Żeby dogadać się z Kubańczykiem, trzeba myśleć jak Kubańczyk. Uzbrojony w tę tajemną wiedzę ruszyłem na podbój bezdroży prowincji Sancti Spitritus.

Po drodze dowiedziałem się również, że w niedzielę ciężarówki pracownicze nie kursują, ponieważ w niedzielę nikt w pensjonacie nie pracuje. Niezrażony przeciwnościami postanowiłem wypróbować autostop na Kubie. Na obrzeżach miasta znajdował się przystanek autobusowy idealnie nadający się na punkt startowy. Na przystanku poznałem czterdziestoletniego Kubańczyka, który też jechał do Topes de Collantes. Chciał spędzić noc ze swoją żoną, która pełniła dyżur w tamtejszym szpitalu. Szybko zakumplowaliśmy się z M. i postanowiliśmy łapać stopa razem.

Topes de Collantes

Godzina wystarczyła, by z jedną przesiadką znaleźć się w Topes de Collantes. W obu przypadkach zabrali nas taksówkarze wracający do domu po godzinach pracy. Razem z M. postanowiliśmy wpierw przywitać się z ludźmi w szpitalu, a następnie pozwiedzać okolicę.

Ze względu na rzeźbę terenu oraz gęsty las tropikalny, góry Escambray były obszarem ciężko dostępnym i zarazem prawie niezamieszkanym. Niegdyś znajdowała się tutaj baza militarna, a następnie ośrodek dla trędowatych. Obecnie Topes de Collantes jest czymś w rodzaju sanatorium dla turystów z Rosji oraz kubańskich wojskowych. Poza pensjonatem, dwoma restauracjami i małą plantacją kawy na potrzeby lokalnej kawiarni, jest to również punkt startowy kilk pieszych szlaków w głąb dżungli.

W niedzielę nikt w Topes de Collantes nie pracował. W normalnych okolicznościach oznaczałoby to dla mnie głodówkę. Niemniej jednak żona M. znała wszystkich w okolicy i po niedługim oczekiwaniu na szpitalnym stole pojawił się jedzenie wyniesione z hotelowej kuchni. Kilka chwil po obfitej kolacji udaliśmy się zobaczyć wspomniany w informacji turystycznej kemping. Ponieważ okazał się być niczym innym jak zaniedbanym, pięciometrowym wycinkiem zieleni bez żadnej infrastruktury, prysznic postanowiłem wziąć w szpitalu, a namiot rozbiłem na pobliskim stadionie.

O poranku zbudził mnie dziwny stukot. Wydawało mi się, jakby wokół stadionu jeździł konno jakiś szalony kowboj i z każdym okrążeniem zbliżał się do mojego namiotu. Przez chwilę próbowałem ignorować stukot zakładając, że to jest jeszcze sen i że zdecydowanie nie warto wstawać o taką błahostkę. Odgłosy nie ustawały. I wydawały się być coraz bliżej. Nie wychodząc z cieplutkiego śpiwora, leniwie wychyliłem głowę z namiotu. Po boisku faktycznie biegał dziki rumak. Gdy mnie zauważył, przystanął w zadumie i patrzył na mnie z ciekawością. Chwilę później prychnął dwa razy i uciekł do lasu. To musiało zwiastować dobry dzień.

Tego dnia chciałem przejść dwa piesze szlaki w głąb dżungli, razem kilkanaście dobrych kilometrów po górach. Oznaczało to konieczność zostawienia całego życiowego dobytku w bezpiecznym miejscu. Ponieważ M. wraz z żona wrócili do swojej miejscowości zanim zdążyłem się obudzić, szpital nie był już więcej rozwiązaniem. Dzięki nabytym na Bałkanach umiejętnościom negocjacji w podobnych sytuacjach, bez trudu przekonałem szefowa restauracji, że mój plecak idealnie komponuje się z wystrojem kuchni. Mogłem spokojnie wyruszyć na podbój jaskini znajdującej się na końcu szlaku Sendero de Batata oraz wodospadu Caburni na drugim szlaku.

Początek szlaku Sendero de Batata znajdował się tuż obok Domu Kawy, co idealnie zgrywało się z moim porannym nawykiem. Strażnik w budce rzeczowo objaśnił mi jak się nie zgubić oraz dokładnie opisał czego się spodziewać. Poza ogromnymi bambusami i nisko latającymi ptakami, sam szlak był raczej monotonny. Dzięki wczesnej porze byłem jedyną osobą w drodze do jaskini Batata, która okazała się być prawdziwą perłą.

Jaskinia składała się z pięciu kolejnych, kaskadowych zbiorników wodnych przez które płynęła podziemna rzeczka. Niektóre groty były oświetlone naturalnym światłem przez dziurę “w suficie”.  Pierwsze dwa zbiorniki pokonałem przy użyciu półek skalnych oraz łańcuchów. Kolejne wymagały rozebrania się oraz pozostawienia elektroniki w suchym miejscu. Niespieszny lodowata woda, przedostałem się na sam koniec jaskini. Był to obszar przypominający kamieniołomy na mniejszą skalę z możliwością wejścia przez jaskinię od dołu. Byłem w najbardziej odizolowanym miejscu na Kubie, byłem sam, bez niczego, na krańcu świata.

W przeciwieństwie do poprzedniej wędrówki, Sendero de Caburni było niezmiernie popularne wśród Amerykanów. Praktycznie całą drogę szedłem gęsiego. Najciekawszy był początek szlaku – opuszczone osiedle na wzgórzu i pustostany z których rozpościerał się wspaniały widok na okoliczne góry. Sam wodospad składał się z monumentalnej skały po której skromnie spływała woda. Na dole znajdował się naturalny basen. Nuda. W przeciwieństwie do Sendero de Batata, Caburni nie było warte swojej ceny.

Do restauracji wróciłem już po oficjalnym zamknięciu kuchni. Cały personel oglądał mecz baseballu w sali jadalnej. Najwidoczniej moja wygłodniała aparycja  była przekonująca i w przerwie dostałem jeść. Dowiedziałem się, że ciężarówki pracownicze odjeżdżają z przystanku naprzeciwko placu będącego jednocześnie ogromnym zegarem słonecznym.  

Na dziesięć minut przed planowanym odjazdem plac był zupełnie pusty i nic nie zapowiadało masowego powrotu pracowników do domu. Kilka chwil po godzinie zero, dosłownie znikąd, przyjechało kilkanaście ciężarówek. Pokracznie udając nowego pracownika, znalazłem się w odpowiednim aucie. Moim celem była miejscowość M., moim celem było poznanie kubańskiej wsi.

Manaca Iznaga

Manaca Iznaga w czasach kolonialnych była siedziba fabryki cukru, a 95% populacji stanowili przybysze z  Afryki. Obecnie jedną z niewielu atrakcji turystycznych miasteczka jest antyczna wieża do pilnowania niewolników oraz zabytkowy pociąg prowadzący z faktorii do pobliskiego Trinidadu. Ruch turystyczny nie był zbyt wielki. Na Kubie oznaczało to mniej więcej tyle, że większość lokalnej ludności żyła w skrajnej nędzy.

Centralną częścią domu M. był salon wyposażony w telewizor, lodówkę Samsung oraz drewniane ławy i bujane fotele. Do tego dwie sypialnie i kuchnia. W kuchni zlew, mała kuchenka i prymitywna grzałkę do podgrzewania wody do kąpieli. Na podwórku śmietnik i latryna. To wszystko. Dom był skromny, ale na swój sposób przytulny – jego mieszkańcy sprawili, że czułem się dobrze. Noc była spokojna.

O poranku wybraliśmy się na spacer okolicznych wzgórzach prowincji Sancti Spiritus. Za pierwszy cel obraliśmy dawne obozowisko niewolników w lesie. Poza betonową rynną, która niegdyś służyła za wodopój, do czasów dzisiejszych zachował się też tunel o nieznanym przeznaczeniu. Przejście całego tunelu o wysokości 1,5 metra, w dodatku pełnego nietoperzy, było ciekawym doświadczeniem. Jednym z tych, których nie chce się powtarzać drugi raz.

Udaliśmy się też na wzgórze, gdzie niegdyś stał dom rodzinny M. Po drodze odwiedzaliśmy znajomych mojego towarzysza. Każdy z nich zachęcał mnie do ponownych odwiedzin Manaca Iznaga i zawczasu zapraszał na kawę. Przed powrotem do miasteczka udaliśmy się jeszcze na upiorny cmentarz niewolników, gdzie podobno straszyło. Mimo racjonalnego podejścia do życia, jakkolwiek cieszyłem się, że odwiedziliśmy to miejsce za dnia.

W trakcie naszego spaceru, zapytałem się M., czy nigdy nie myślał nigdy o tym, by zacząć zarabiać na turystach. Pomimo skromnych zarobków, M. lubił swoją pracę i ogólnie był szczęśliwy. Podzielał moją opinię, że rabunkowa gospodarka oparta na turystyce niszczy autentyczny klimat wyspy i psuje tubylców. Jak większość Kubańczyków, kompletnie nie rozumiał jak może funkcjonować wolny rynek. Raz po raz dziwił się, kiedy mówiłem mu że poszczególne rzeczy są w Polsce prywatne. Największy szok przeżył chyba, jak mu powiedziałem, że wieżowce też są w większości prywatne i to nie rząd zleca ich renowację i malowanie. Urocza rozmowa

Na Wieżę Niewolników musiałem udać się sam, żeby nie wzbudzać podejrzeń wśród lokalnych strażników prawilności systemu. U podnóża konstrukcji, znajdowały się stragany z lokalnymi pamiątkami – głównie prześcieradła i korale z kubańskich kasztanów. Innymi słowy nic specjalnego. Sam widok wieży był spektakularny i byłby też na swój sposób kojący, gdyby nie przeczucie, że cała konstrukcja się lada chwila zawali.

Podczas przedzierania się przez tłumy, zagadała mnie jedna z ośmiu sióstr M., co utwierdziło mnie w przekonaniu, że cała wieś wiedziała już o moim istnieniu. Siostra M. uświadomiła mnie, że dla Kubańczyków wszystkie importowane rzeczy były drogie i że ostatnimi czasy kwitł przemyt ubrań i elektroniki z Meksyku. Na tyle, że sprzedaż 30 kilogramów ubrań na wyspie pokrywała koszty wizy, przelotu i kilku miesięcy życia. Zaproponowała mi też, żebym następnym razem przywiózł ubrania, a ona bez problemu to wszystko upłynni, Siostrze M. towarzyszyła 15-letnia dziewczynka w ciąży. Wczesny wiek nie był na Kubie czymś dziwnym.

Na koniec dnia planowałem wrócić autostopem do Trinidadu i stamtąd udać się dalej do Hawany. Na spocie spotkałem pana w żółtym kubraczku, który był oficjalnym pracownikiem rządowym, zatrudnionym specjalnie do pomocy w łapaniu stopa. Poważnie. Niemniej jednak ani moje, ani jego wysiłki na nic się zdały i koniec końców nie udało mi się wydostać z Manaca Iznaga. Ponieważ M. wraz z żona jechał tego dnia do Sancti Spiritus, również postanowiłem odwiedzić stolicę prowincji.

Sancti Spiritus

Stolica prowincji Sancti Spiritus była przyjaznym, acz niezbyt urodziwym miastem. Coś na kształt podupadłej stolicy województwa średniej wielkości. Przystępne ceny, zabłąkani turyści, jakiś tam rynek, obskurne bary i mnóstwo pijanych Kubańczyków na ulicach. Nocna przechadzka w zupełności wystarczyła, by zapoznać się z klimatem miasta i przy okazji niczego nie przeoczyć. Jedyną rzeczą wyróżniającą Sancti Spiritus, która zapadła mi w pamięci, była “Aleja Dzwonów”. W wieży lokalnego kościoła od 1514 roku, równo co sto lat, wymieniano dzwon. Te już nieużywane ustawiono chronologicznie, rzędem w alejce między doniczkami z kwiatami.

Dworzec autobusowy w Sancti Spiritus był spory. Jak w wielu miejscach, toaleta była wyposażona w gazetę służącą za papier oraz wiadro do spłukiwania. Wszystkie autobusy do Hawany przez najbliższe kilka dni były przepełnione i jedyną możliwością pozostała próba przekonania kierowcy, bym podróżował na podłodze. Bycie obcokrajowcem zagwarantowało mi wstęp do odgrodzonej poczekalni VIP, gdzie mogłem w spokoju rozłożyć karimatę, śpiwór i przespać cztery godziny oczekiwania na autobus.

Po kilku dobrych chwilach błogiego snu zostałem obudzony przez sprzedawcę Viazul. Wieści nie były najgorsze – powiedział mi, że dopiero do połowy drogi mam miejsce, a potem mogę jechać na podłodze. Srogi sen sprawił, że zapomniałem o sprawie i obudziłem się na tym samym miejscu już w Hawanie.

.

Kolejny przystanek:

Hawana o Siedmiu Twarzach – dynamiczny opis fascynującej stolicy Kuby

Wszystkie Kubańskie Przygody znajdziesz TUTAJ

Kuba – Informacje Praktyczne 2017

.